BAD MUSKAU

das Neues Schloss

NOWY ZAMEK ZACZYNA OD OBRAZU DOPIĘTEGO NA OSTATNI GUZIK, ALE TEN PORZĄDEK MA ZA SOBĄ PARĘ SKREŚLEŃ

DZIEJE ZAMKU


W średniowieczu oko­li­ce Mu­skau nad Ny­są były miej­scem, gdzie krzy­żo­wa­ły się waż­ne szla­ki han­dlo­we, co czy­ni­ło z tam­tej­szych błot cał­kiem in­tra­tny punkt stra­te­gi­czny. Naj­star­sze for­ty­fi­ka­cje, o któ­rych wspo­mi­na się po raz pier­wszy w 1245 ro­ku, nie po­wsta­ły z mi­ło­ści do ar­chi­te­ktu­ry, lecz z czy­ste­go prag­ma­ty­zmu – mia­ły pil­no­wać dróg i, co waż­niej­sze, do­cho­do­we­go po­ste­run­ku cel­ne­go przy prze­pra­wie przez rze­kę. O tym, kto fak­ty­cznie trzy­mał rę­kę na pul­sie (i sa­kie­wkach) w tam­tym cza­sie, wie­my jed­nak roz­cza­ro­wu­ją­co nie­wie­le.

TU JESZCZE PRZED PORZĄDKIEM Z POPRZEDNIEGO KADRU, GDZIE WOJNA WYCZYŚCIŁA SCENĘ DO GOŁEJ STRUKTURY (1986)

W 1253 roku jako wła­ści­ciel ceł fi­gu­ru­je co praw­da mar­gra­bia mi­śnie­ński Margrabia był władcą pogranicza, któremu powierzano pilnowanie granic, poboru ceł i bezpieczeństwa szlaków — czyli tego, co realnie trzymało państwo w kupie. Dysponował własnym wojskiem, sądami i prawem do ściągania dochodów, więc jego władza była bardziej namacalna niż tytuły dworskie. W praktyce margrabia był kimś, kto rządził tam, gdzie król bywał rzadko, a problemy pojawiały się często. Hen­ryk III Do­stoj­ny , ale czy sa­ma wa­ro­wnia na­le­ża­ła do nie­go, czy mo­że tyl­ko dzier­ż­wił on pra­wo do po­bie­ra­nia opłat – te­go do­ku­me­nty li­to­ści­wie nie pre­cy­zu­ją. Po­do­bnie rzecz ma się z bra­ćmi Be­rol­dem i Thi­dri­cu­sem de Mu­schov, wspo­mnia­ny­mi w pi­smach księ­cia ślą­skie­go Bo­le­sła­wa. Choć hi­sto­ry­cy, nie ma­jąc le­psze­go wyj­ścia, skła­nia­ją się ku te­orii, że pa­no­wie ci mie­li z zam­kiem coś wspól­ne­go, ich fak­ty­czna ro­la po­zo­sta­je ra­czej w sfe­rze po­bo­żnych ży­czeń ba­da­czy niż twar­dych do­wo­dów. Wy­glą­da więc na to, że po­cząt­ki Mu­skau są rów­nie męt­ne, co wo­dy Ny­sy po wio­sen­nych roz­to­pach.

NA TYM KADRZE NOWY ZAMEK SĄSIADUJE ZE STARYM ZAMKIEM, KTÓRY Z ZAMKIEM MA TYLE WSPÓLNEGO, ILE POZWALA NAZWA, ALE DO TEGO JESZCZE DOJDZIEMY

Pierwszym właścicielem, który ra­czył zo­sta­wić po so­bie wy­ra­źny ślad w do­ku­men­tach, był Bo­do von Ile­burg. Dzier­żył on wa­ro­wnię od 1316 ro­ku, by pół wie­ku póź­niej po­tra­kto­wać ją ja­ko dość ko­szto­wny pre­zent ślub­ny dla swo­je­go zię­cia, Hein­ri­cha von Kit­tli­tza (hi­sto­ry­cy do dziś za­cho­dzą w gło­wę, czy był to ten sam Kit­tlitz, któ­ry w tym sa­mym cza­sie do­glą­dał in­te­re­sów w Kli­czko­wie). Ro­dzin­na sie­lan­ka nie trwa­ła jed­nak dłu­go, gdyż jesz­cze w tym sa­mym 1366 ro­ku za­mek prze­szedł w rę­ce Hein­ri­cha von Pen­zig, któ­re­go spad­ko­bier­cy rzą­dzi­li tu aż do 1447 ro­ku.

PODJAZD DO NOWEGO ZAMKU WCIĄŻ GRA POD KOŁA, WIĘC KROK Z BUTA ZDRADZA LEKKĄ RÓŻNICĘ KLAS Z OTOCZENIEM

Przedstawiciele rodu von Pen­zig wy­ka­za­li się zre­sztą nie la­da smy­kał­ką do gro­ma­dze­nia grun­tów po obu stro­nach Ny­sy, two­rząc w 1395 ro­ku gi­gan­ty­czny kom­pleks le­śny zwa­ny Pen­zi­ger Hei­de. W tym cza­sie za­mek miał już peł­ny ze­staw środ­ków od­stra­sza­ją­cych, czy­li mur obwo­do­wy z wie­żą przy za­cho­dniej kra­wę­dzi dzie­dziń­ca oraz bra­mę do­pra­wio­ną so­lid­ną ba­sztą, któ­ra już z da­le­ka in­for­mo­wa­ła, że tu się nie wcho­dzi — tu się jest wpu­szcza­nym. Od po­łu­dnia, wscho­du i pół­no­cy spra­wę za­ła­twia­ła sa­ma na­tu­ra, bo roz­la­ne, pod­mo­kłe od­no­gi Ny­sy ro­bi­ły za straż­ni­ka, któ­ry nie bie­rze urlo­pów i nie ne­go­cju­je.

SPOKOJNA WODA UKŁADA SIĘ TU W ŁADNY KADR, CHOĆ JEJ DAWNA FUNKCJA ZOSTAŁA SPŁASZCZONA DO CZYSTEGO WIDOKU

Podczas remontu No­we­go Zam­ku w piw­ni­cach skrzy­dła po­łu­dnio­we­go od­sło­nię­to mur, któ­ry od ra­zu usta­wia punkt od­nie­sie­nia dla ca­łej bry­ły. To przy­pu­szczal­nie fun­da­ment wie­ży z po­ło­wy XIII wie­ku, z mu­ra­mi do­cho­dzą­cy­mi do 2,8 me­tra gru­bo­ści, co naj­pew­niej wią­za­ło się z wa­run­ka­mi ży­cia da­le­ki­mi od dzi­siej­szych wy­obra­żeń o kom­for­cie. Kon­stru­kcja ta, od stro­ny za­cho­dniej, są­sia­do­wa­ła z bu­dyn­kiem miesz­kal­nym, któ­re­mu hi­sto­ry­cy, być mo­że z nad­mia­ru do­brej wo­li, przy­pi­su­ją mia­no pa­ła­cu, choć je­go fa­sa­da o dłu­go­ści za­le­dwie sze­sna­stu i pół me­tra su­ge­ru­je ra­czej ar­chi­te­kto­ni­czną wstrze­mię­źli­wość niż mo­nar­szy roz­mach.

NA PLANIE TYM WIEŻA ŚREDNIOWIECZNA, W BARWIE POPIELATEJ ODCIŚNIĘTA, STOI JAKO PIERWSZA I NAJSTARSZA, A RESZTA ZABUDOWY DOPIERO Z CZASEM DO NIEJ DOROSŁA

Surowość formy pró­bo­wa­no ła­go­dzić ce­gla­nym wy­koń­cze­niem ele­wa­cji, ma­ją­cym skry­wać fakt, iż głów­nym bu­dul­cem był tu­taj po­spo­li­ty ka­mień pol­ny, wy­do­by­ty z oko­li­cznych bez­dro­ży i spo­jo­ny za­pra­wą w mu­ry o gru­bo­ści do­cho­dzą­cej do nie­mal trzech me­trów. Tak po­ka­źne zwień­cze­nie fun­da­men­tów skła­nia ba­da­czy do snu­cia wi­zji o co naj­mniej trzech kon­dy­gna­cjach, któ­re miast lek­ko­ścią, epa­to­wa­ły ra­czej przy­tła­cza­ją­cym po­czu­ciem trwa­ło­ści.

WOJNA ZDJĘŁA TU CAŁY MAKIJAŻ — GOŁA CEGŁA, GOŁY KAMIEŃ I GDZIEŚ POD TYM MOŻE JESZCZE SIEDZĄ POZOSTAŁOŚCI, KTÓRE PAMIĘTAJĄ PIERWSZĄ KARCZMĘ W OKOLICY (1993)

Gdy w XIV wieku kompleks roz­rósł się w układ dwu­dziel­ny, od­dzie­la­jąc wy­nio­sły za­mek wy­so­ki od użyt­ko­we­go pod­zam­cza, na pół­no­cy po­zo­sta­wio­no je­dy­nie skrom­ną i dość przy­pad­ko­wą za­bu­do­wę go­spo­dar­czą. Te poz­ba­wio­ne wy­ra­zu do­mo­stwa, słu­żą­ce przez po­ko­le­nia za za­ple­cze dla lo­kal­ne­go rze­mio­sła, po la­tach zre­du­ko­wa­no do ro­li zwy­kłe­go wy­peł­nia­cza pod no­wo­ży­tne fun­da­men­ty. W ten spo­sób skrzy­dło pół­no­cne osta­te­cznie przy­kry­ło pa­mięć o tych pro­wi­zo­ry­cznych kon­stru­kcjach, na któ­rych – pa­ra­do­ksal­nie – opar­to póź­niej­szą re­pre­zen­ta­cyj­ność zam­ku.

NA FOTOGRAFII Z LAT 50. XX WIEKU, SZORSTKIEJ I NIEDOMKNIĘTEJ, PO PRAWEJ WYRASTA SKRZYDŁO PÓŁNOCNE, ZAKORZENIONE W FUNDAMENTACH STAREGO ZAPLECZA

W 1447 roku Muskau tra­fi­ło w rę­ce Wen­zla von Bie­ber­stein, na­le­żą­ce­go do ro­du, któ­re­go wpły­wy by­ły na ty­le sil­ne, że nie wy­pa­da­ło o nich mó­wić ina­czej niż z po­wścią­gli­wą uprzej­mo­ścią. Bie­ber­stei­no­wie utrzy­ma­li za­mek do 1551 ro­ku, kie­dy bez­po­to­mna śmierć Chri­sto­pha von Bie­ber­stein — jed­ne­go z wie­lu, któ­rych czar­na ospa w tam­tym cza­sie usu­wa­ła z ge­ne­alo­gii rów­nie sku­te­cznie jak woj­ny — za­koń­czy­ła ro­do­wą li­nię i i spra­wi­ła, że Mu­skau mo­gło wre­szcie ozdo­bić her­by ko­goś rów­nie prze­świad­czo­ne­go o wła­snej wy­jąt­ko­wo­ści.

CZYŻŻE NIE JEST TO NAJWSPANIALSZY WAZON, JAKI KIEDYKOLWIEK SŁUŻYŁ ROŚLINNOŚCI EGZOTYCZNEJ W TEJ CZEŚCI EUROPY?

Tak oto majątek prze­szedł na kil­ka lat pod zwierz­chność kró­la Czech, by w 1558 ro­ku zna­leźć się w rę­kach Fa­bia­na von Scho­enaich , ce­sar­skie­go rad­cy wo­jen­ne­go i pa­na na Sie­dli­sku. To wła­śnie za je­go rzą­dów śre­dnio­wie­czna za­bu­do­wa za­czę­ła sto­pnio­wo tra­cić swój pier­wo­tny cha­ra­kter. Gdy w 1586 ro­ku ogień li­to­ści­wie stra­wił część daw­nych stru­ktur, Scho­enaich skwa­pli­wie wy­ko­rzy­stał oka­zję, by prze­obra­zić wa­ro­wnię w re­zy­den­cję od­po­wia­da­ją­cą aspi­ra­cjom no­wo­ży­tnej szlach­ty, roz­mi­ło­wa­nej w ab­so­lu­ty­zmie i po­wie­rzcho­wnym blich­trze.

CHOĆ CZAS NADWYRĘŻYŁ MURY W SIEDLISKU, PAMIĘĆ O CESARSKIM RADCY I PANU NA MUŻAKOWIE WCIĄŻ W NICH TRWA

A jednak cały ten trud i ka­pi­tał, któ­re Fa­bian wło­żył w odno­wie­nie ma­jąt­ku, po je­go śmier­ci w 1591 ro­ku obró­ci­ły się w za­ska­ku­ją­cy fi­nał. Jak­by w prze­wro­tnym, biu­ro­kra­ty­cznym żar­cie lo­su, świe­żo wy­pięk­nia­ła po­sia­dłość po­wró­ci­ła w rę­ce ce­sa­rza Ru­dol­fa II . Ten zaś, nie tra­cąc ani chwi­li na sen­ty­men­tal­ne roz­wa­ża­nia, po­zbył się jej bez wa­ha­nia, sprze­da­jąc ca­ły ma­ją­tek Wil­hel­mo­wi zu Do­hna.

WIDOK PRZEDSTAWIA PIĘKNY WIDOK Z POŁOWY XIX WIEKU, CO WSKAZUJE, ŻE JEST TO WIDOK PIĘKNY

Odnalezione podczas XX-wiecz­nej od­bu­do­wy śla­dy sgraf­fi­to po­twier­dza­ją, że re­ne­san­so­wa prze­bu­do­wa zam­ku ogra­ni­czy­ła się je­dy­nie do skrzy­deł za­cho­dnie­go i po­łu­dnio­we­go. Skrzy­dło pół­no­cne nie mia­ło wów­czas za­szczy­tu by­cia czę­ścią zam­ko­wej bry­ły – w je­go miej­scu trwał oso­bny bu­dy­nek, peł­nią­cy ma­ło pre­sti­żo­we funk­cje miesz­kal­ne dla służ­by lub za­ło­gi. Już wte­dy skrzy­dło za­cho­dnie dum­nie pię­trzy­ło czte­ry kon­dy­gna­cje, pod­czas gdy po­łu­dnio­we mu­sia­ło za­do­wo­lić się trze­ma.

SKRZYDŁO PÓŁNOCNE DZISIAJ STOI SOBIE DUMNIE NAD WODĄ, ALE W CZASACH RENESANSU BYŁO CO NAJWYŻEJ ZAPLECZEM DLA TYCH, KTÓRZY MIELI BYĆ POD RĘKĄ, A NIE NA WIDOKU

Dopiero ród von Do­hna uznał, że czas na odro­bi­nę spój­no­ści, i po­łą­czył skrzy­dło za­cho­dnie z owym wy­ob­co­wa­nym bu­dyn­kiem pół­no­cnym w jed­ną, trój­skrzy­dło­wą ca­łość. Nie­ste­ty, dla współ­cze­snych ba­da­czy ro­dzi­na ta oka­za­ła się wy­jąt­ko­wo po­wścią­gli­wa w chwa­le­niu się efe­kta­mi swo­ich prac – nie za­cho­wa­ła się bo­wiem żad­na ry­ci­na ani opis, któ­ry utrwa­lił­by wy­gląd tej no­wej kon­stru­kcji. Moż­na od­nieść wra­że­nie, że po­łą­czo­no te ele­men­ty z czy­stej po­trze­by prak­ty­cznej, nie przy­wią­zu­jąc więk­szej wa­gi do te­go, by po­tom­ność mia­ła co po­dzi­wiać na pa­pie­rze.

W 1747 ROKU WIDAĆ JUŻ GOTOWY EFEKT WCZEŚNIEJSZEJ PRZEBUDOWY VON DOHNA: PÓŁNOCNY BUDYNEK (TEN PO PRAWEJ) AWANSOWAŁ Z ROLI OSOBNEGO DODATKU DO CZĘŚCI ZAMKOWEJ BRYŁY, CO W HIERARCHII MURÓW BYŁO CAŁKIEM PRZYZWOITYM SKOKIEM SPOŁECZNYM

W 1644 roku, za spra­wą mał­żeń­stwa dzie­dzi­czki Ka­tha­ri­ny von Do­hna z sas­kim puł­ko­wni­kiem Cur­tem Rei­ni­cke , za­mek prze­szedł pod pa­no­wa­nie ro­dzi­ny von Cal­len­berg, któ­ra przez czte­ry ko­lej­ne po­ko­le­nia trzy­ma­ła te zie­mie w że­la­znym, ro­do­wym uści­sku. No­wi wła­ści­cie­le, naj­wy­ra­źniej znu­że­ni su­ro­wo­ścią po­prze­dni­ków, spro­wa­dzi­li wło­skich ar­ty­stów, by ci w la­tach 1646–1653 przy­pu­dro­wa­li mu­ry ba­ro­ko­wym wy­stro­jem, a na prze­ło­mie wie­ków zwień­czy­li dzie­ło kla­tką scho­do­wą w tym sa­mym sty­lu.

RODZINA VON CALLENBERG-MUSKAU W 1773 ROKU — PEŁEN SKŁAD, PEŁEN PRZEGLĄD MAJĄTKU I TEN MOMENT, W KTÓRYM NAWET PIESEK DOSTAJE ROLĘ, BO PRESTIŻ MUSI BYĆ KOMPLETNY

Callenbergowie nie ogra­ni­czy­li się jed­nak do wnętrz; z roz­ma­chem god­nym ba­ro­ko­wych pa­nów wzię­li się za oto­cze­nie, sta­wia­jąc pa­łac ogro­do­wy, bu­du­jąc no­we mo­sty i cy­wi­li­zu­jąc fo­sy, któ­re prze­sta­ły stra­szyć su­ro­wo­ścią. Ich am­bi­cje się­gnę­ły na­wet daw­ne­go bu­dyn­ku bram­ne­go – tę nie­gdyś ty­po­wo obron­ną kon­stru­kcję z pie­ty­zmem prze­ro­bi­li na gmach o cha­ra­kte­rze re­zy­den­cji. To wła­śnie dzię­ki ich sta­ra­niom bu­dy­nek ten, zna­ny dziś ja­ko das Al­tes Schloss, stra­cił swój groź­ny wy­gląd na rzecz dwor­skiej ele­gan­cji.

W TEJ WIZJI ALTES SCHLOSS Z 1796, CZYLI DAWNY BUDYNEK BRAMNY USTAWIA FRYZURĘ, WYCIERA KAMIENNY PYŁ Z RĘKAWÓW I ZACZYNA ROZMAWIAĆ Z GOŚĆMI TONEM „NAPRZÓDŻE, NAPRZÓDŻE, WASZA MIŁOŚĆ WSTĄPI”

W 1784 roku, drogą ko­lej­ne­go mał­żeń­skie­go kon­tra­ktu, do­bra Mu­skau prze­szły w rę­ce hra­bie­go Lud­wi­ka von Pück­ler , choć praw­dzi­wym wy­zwa­niem dla ro­dzin­ne­go skar­bca oka­zał się do­pie­ro je­go syn, Her­mann . Ten słyn­ny eks­cen­tryk i ko­smo­po­li­ta, obją­wszy spu­ści­znę w 1811 ro­ku, po­sta­no­wił rzu­cić wy­zwa­nie na­tu­rze i ar­chi­te­ktu­rze, ini­cju­jąc gi­gan­ty­czną in­we­sty­cję, któ­ra mia­ła prze­obra­zić re­zy­den­cję w ne­o­go­ty­cki sen o śre­dnio­wie­czu. Pück­ler nie za­mie­rzał się ogra­ni­czać – wy­ma­rzył so­bie kom­pleks ogro­do­wo-par­ko­wy o ska­li tak nie­sły­cha­nej, jak­by chciał wła­sno­rę­cznie na­ry­so­wać ma­pę tej czę­ści Eu­ro­py na no­wo.

LITOGRAFIA Z 1834 ROKU POKAZUJE EFEKT ZABAWY HERMANNA VON PÜCKLERA W ŚREDNIOWIECZE — DROGIEJ, ROZLEGŁEJ I WYRAŹNIE BARDZIEJ DLA OKA NIŻ DLA EPOKI, KTÓRĄ PRZYWOŁUJE

Niestety, rzymskie za­mi­ło­wa­nie do wy­sta­wno­ści, pa­sja do ko­szto­wnych wo­ja­ży oraz po­stę­pu­ją­ca pu­stka w por­tfe­lu bru­tal­nie zwe­ry­fi­ko­wa­ły te fan­ta­zje. Hra­bia, pró­bu­jąc urze­czy­wi­stnić pla­ny rów­nie am­bi­tne, co fi­nan­so­wo sa­mo­bój­cze, osta­te­cznie uległ cię­ża­ro­wi wła­snych dłu­gów. W 1845 ro­ku, zmu­szo­ny do po­że­gna­nia się z Mu­skau, od­na­lazł osta­tnią przy­stań w Bra­nitz, gdzie w 1871 ro­ku do­ko­nał ży­wo­ta, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie nie­do­koń­czo­ne wi­zje i po­ka­źną li­stę wie­rzy­cie­li. Moż­na by rzec, że je­go naj­wię­kszym dzie­łem stał się kun­szto­wny upa­dek, zre­ali­zo­wa­ny z god­nym po­dzi­wu, ary­sto­kra­ty­cznym roz­ma­chem.

TA SAMA SCENERIA — KOLUMNY, WODA, ZIELEŃ — I TEN SAM MECHANIZM: IM PIĘKNIEJ NA OBRAZIE, TYM BARDZIEJ FINANSE KRZYCZAŁY O LITOŚĆ

Hrabia, a z cza­sem ksią­żę von Pück­ler, spo­rą część swo­jej egzy­sten­cji po­świę­cił sztu­ce ogro­do­wej, choć na dro­dze do peł­nej re­ali­za­cji trwa­ją­cej trzy de­ka­dy wi­zji Par­ku Mu­ża­ko­wskie­go sta­nę­ła mu pro­za­iczna pu­stka w sa­kie­wce oraz żmud­ne tar­gi o mie­dzę z miesz­kań­ca­mi mia­ste­czka. Nie mo­gąc do koń­ca za­pa­no­wać nad rze­czy­wi­sto­ścią, po­sta­no­wił przy­naj­mniej za­pa­no­wać nad pa­pie­rem – w 1834 ro­ku wy­dał Szki­ce o ogro­dni­ctwie kraj­obra­zo­wym, któ­re po dziś dzień bu­dzą na­bo­żny sza­cu­nek w krę­gach fa­cho­wców, sta­no­wiąc do­wód na to, że je­śli nie moż­na cze­goś zbu­do­wać, za­wsze moż­na o tym prze­ko­nu­ją­co na­pi­sać.

I OTO BAJKOWY KRAJOBRAZ PÜCKLERA — CZĘŚCIOWO ZREALIZOWANY SEN WIZJONERA Z XIX WIEKU — W KTÓRYM ALTANY POZUJĄ DO RYCIN, A PRAKTYKA PRÓBUJE NADĄŻYĆ ZA TEMPEM POMYSŁÓW

Zresztą Pückler pió­rem wła­dał z rów­ną swa­dą, co ło­pa­tą, cze­go owo­cem by­ło dzie­sięć ty­tu­łów roz­la­nych na dwa­dzie­ścia dzie­więć to­mów. Do hi­sto­rii prze­szły zwła­szcza je­go Brie­fe ei­nes Ver­stor­be­nen (Li­sty zmar­łe­go), spi­sa­ne pod­czas dwu­le­tnich wo­ja­ży po Wy­spach Bry­tyj­skich. Za­mie­szczał w nich uwa­gi na te­mat an­giel­skie­go spo­łe­czeń­stwa na ty­le bły­sko­tli­we i ja­do­wi­te, że do dziś sta­no­wią wzór dla tych, któ­rzy lu­bią wy­ty­kać są­sia­dom ich oso­bli­we zwy­cza­je, sa­mi ucho­dząc za przy­pa­dki spe­cjal­nej tro­ski to­wa­rzy­skiej.

FRAGMENT WYSTAWY ZAMKOWEJ — PÜCKLER Z RODZICAMI I TOWARZYSZAMI JEGO PRZYGÓD ZŁOŻONA Z TWARZY Z RÓŻNYCH EPOK, KTÓRE SPOTKAŁY SIĘ TU WYŁĄCZNIE NA POTRZEBY KOMPOZYCJI

Niezależnie od tego, czy aku­rat ba­wił w kra­jach Orien­tu, czy na za­cho­dzie Eu­ro­py, Pück­ler wszę­dzie czuł się u sie­bie, co zre­sztą skwi­to­wał bez­pre­ten­sjo­nal­nym i jak­że wy­go­dnym stwier­dze­niem: O ile wię­cej ży­cia moż­na do­świad­czyć po­dró­żu­jąc! Trud­no się dzi­wić tej fi­lo­zo­fii, sko­ro sta­no­wi­ła ona do­sko­na­ły pre­tekst do no­to­ry­cznych ucie­czek od mu­ża­ko­wskiej co­dzien­no­ści.

TO RÓWNIEŻ FRAGMENT WYSTAWY. TRZY EKRANY, OSIEM POSTACI I ANI JEDNEJ DOBREJ RADY, JAK NIE ZBANKRUTOWAĆ PRZY BUDOWIE PARKU.

Zamiast doglądać lo­kal­nych in­te­re­sów, ksią­żę wo­lał ko­le­kcjo­no­wać wra­że­nia w An­glii, Ir­lan­dii, Fran­cji czy Szwaj­ca­rii, a gdy eu­ro­pej­skie sa­lo­ny za­czy­na­ły go nu­żyć, szu­kał wy­tchnie­nia we Wło­szech, Gre­cji, a na­wet w pia­skach Egi­ptu i Su­da­nu. Moż­na od­nieść wra­że­nie, że im da­lej znaj­do­wał się od wła­snych wło­ści i pię­trzą­cych się tam pro­ble­mów, tym cel­niej­szy­mi uwa­ga­mi sy­pał z rę­ka­wa, udo­wa­dnia­jąc, że praw­dzi­wym do­mem świa­to­wca jest każ­da sze­ro­kość ge­ogra­fi­czna, któ­ra aku­rat nie do­ma­ga się od nie­go spła­ty dłu­gów.

ORIENT SZEROKI, FIZJONOMIA JEDNA

Równie konsekwentnie pro­wa­dził ży­cie to­wa­rzy­skie, w któ­rym ko­bie­ty zaj­mo­wa­ły miej­sce upo­rząd­ko­wa­ne nie­mal ar­chi­wal­nie, sko­ro ich li­sty ukła­dał al­fa­be­ty­cznie dla więk­szej przej­rzy­sto­ści. Mał­żeń­stwo z Lu­cie von Har­den­berg trwa­ło dzie­więć lat i za­koń­czy­ło się roz­wo­dem, co przy je­go tem­pe­ra­me­ncie trud­no uznać za za­sko­cze­nie.

Naj­bar­dziej kon­tro­wer­syj­ny epi­zod po­ja­wił się jed­nak póź­niej, gdy w Ka­irze ku­pił na tar­gu nie­wol­ni­ków dwu­na­sto­le­tnią dziew­czy­nę o imie­niu Ma­chu­ba , prze­ko­na­ny o wła­snym uczu­ciu, któ­re w je­go re­la­cji brzmia­ło po­wa­żnie, a z ze­wnątrz bu­dzi­ło ra­czej kon­ster­na­cję. Hi­sto­ria ta koń­czy się szyb­ko i bez złu­dzeń, bo dziew­czy­na za­cho­ro­wa­ła na gruź­li­cę i zma­rła w wie­ku pięt­na­stu lat już w Niem­czech, zo­sta­wia­jąc po so­bie wą­tek, któ­ry we współ­cze­snych re­aliach pa­chniał­by bar­dziej sa­lą są­do­wą niż sa­lo­nem.

MIAŁ BYĆ KRÓLEM ŻYCIA, A ZOSTAŁ NAJDROŻSZYM DEKORATOREM WNĘTRZ I TERENÓW ZIELONYCH W HISTORII PRUSKIEJ ARYSTOKRACJI

W 1845 roku Hermann von Pückler, przy­ci­śnię­ty twar­dy­mi pra­wa­mi eko­no­mii, prze­ka­zał do­bra mu­ża­ko­wskie księ­ciu Fry­de­ry­ko­wi Ni­der­lan­dzkie­mu , bra­tu słyn­nej Ma­rian­ny Orań­skiej (tej od pa­ła­cu w Ka­mień­cu Ząb­ko­wi­ckim). Fry­de­ryk, wy­ka­zu­jąc się rzad­ką u na­stęp­ców wy­ro­zu­mia­ło­ścią, po­sta­no­wił kon­ty­nu­ow­ać wi­zje po­prze­dni­ka i w la­tach 1863–66 ubrał No­wy Za­mek w ko­stium re­ne­san­so­wy. W tej sa­mej kon­wen­cji ujed­no­li­cił Sta­ry Za­mek oraz Dom Ka­wa­le­rów, do­my­ka­jąc tym sa­mym pück­le­ro­wską kon­ce­pcję ar­chi­te­kto­ni­cznej tria­dy, któ­ra mia­ła pa­no­wać nad par­ko­wym kraj­obra­zem.

– SŁYSZAŁEM, ŻE PÜCKLER PŁAKAŁ, GDY ODDAWAŁ KLUCZE
– NIE PŁAKAŁ, BARONIE. PO PROSTU JEGO EGO NIE ZMIEŚCIŁO SIĘ W BRAMIE I ZACZĘŁO MU UCISKAĆ KANALIKI ŁZOWE

Sielanka ta trwała do śmier­ci księ­cia, po któ­rej je­go cór­ka, Wilhelmina Maria , bez więk­szych sen­ty­men­tów od­stą­pi­ła ma­ją­tek Trau­got­to­wi Her­man­no­wi hra­bie­mu von Ar­nim — wi­ce­pre­ze­so­wi jaw­nie na­cjo­na­li­sty­czne­go i an­ty­se­mi­ckie­go Sto­wa­rzy­sze­nia Wszech­nie­mie­ckie­go Stowarzyszenie Wszechniemieckie, czyli Alldeutscher Verband, było organizacją, która pod koniec XIX wieku uznała, że Niemców na mapie jest stanowczo za mało — zwłaszcza poza granicami. W teorii chodziło o jedność narodu i jego „misję”, w praktyce o to, by tę jedność rozszerzać tam, gdzie akurat się dało, najlepiej cudzym kosztem. Efekt końcowy: dużo patosu, jeszcze więcej roszczeń i przekonanie, że historia powinna uprzejmie dostosować się do ich planów. — więc park, jesz­cze chwi­lę wcze­śniej opo­wia­da­ny ję­zy­kiem ro­man­ty­cznych pej­za­ży, tra­fił w rę­ce czło­wie­ka, któ­re­go wy­czu­cie niu­an­su koń­czy­ło się gdzieś na wy­so­ko­ści cięż­kie­go bu­ta.

ELEWACJA ZACHODNIA WYCHODZI TU NA ANGIELSKĄ DAMĘ W BLUSZCZU, CHOĆ ZA CZASÓW HRABIÓW VON ARNIM TO RACZEJ ŚWIEŻO POSTAWIONA SCENOGRAFIA Z WIEŻAMI, KTÓRE JESZCZE NIE ZDĄŻYŁY SIĘ ZESTARZEĆ (1921)

Po nim dobra te prze­cho­dzi­ły z rąk do rąk w krę­gu ro­dzi­ny von Ar­nim – naj­pierw tra­fi­ły do pa­sier­ba Adol­fa , a osta­te­cznie do je­go sy­na Her­man­na . Ten osta­tni, bę­dąc koń­co­wym ogni­wem przed­wo­jen­nej ta­be­li ro­do­wych be­ne­fi­cjen­tów, cie­szył się sta­tu­sem wła­ści­cie­la do 1945 ro­ku, kie­dy to hi­sto­ria, pod po­sta­cią wy­wła­szcze­nia, osta­te­cznie i bez­po­wro­tnie wy­sta­wi­ła mu ra­chu­nek za stu­le­cia ary­sto­kra­ty­czne­go pa­no­wa­nia.

SIELANKA W CIENIU PARKU: JESZCZE PRZEZ CHWILĘ MOŻNA UDAWAĆ, ŻE ŚWIAT KOŃCZY SIĘ NA GRANICY ŻYWOPŁOTU, A NIE NA POCZĄTKU NOWEJ ERY BARBARZYŃSTWA (1933)

Pod koniec II wojny światowej lo­sy par­ku i re­zy­den­cji przy­pie­czę­to­wa­ła nie­mie­cka li­nia obro­ny, któ­ra przez ca­łe ty­go­dnie wi­ła się wzdłuż Ny­sy, za­po­wia­da­jąc nad­cho­dzą­cą ka­ta­stro­fę. Gdy mia­ste­czko osta­te­cznie pa­dło, ra­dziec­cy zdo­by­wcy przy­stą­pi­li do sys­te­ma­ty­czne­go oczy­szcza­nia zam­ku z wszel­kich oznak zbyt­ku. W tym dzie­le zre­sztą chęt­nie i na­der spraw­nie asy­sto­wa­ła im oko­li­czna lud­ność – na szcze­gól­ną wzmian­kę za­słu­gu­je tu lip­ski han­dlarz dzie­ła­mi sztu­ki, naz­wi­skiem Wie­land, któ­ry cię­ża­rów­ką wy­wo­ził wszy­stko to, co oca­la­ło z ra­dzie­ckie­go pro­gra­mu „weź so­bie na pa­mią­tkę”. Uko­ro­no­wa­niem tej „ak­cji po­rząd­ko­wej” by­ło pod­ło­że­nie og­nia, któ­ry obró­cił gmach w zgli­szcza, po­zo­sta­wia­jąc go w sta­nie ma­lo­wni­czej, choć tra­gi­cznej ru­iny na kil­ka ko­lej­nych de­kad.

"MÓWIONO, ŻE KTO PRZYSZEDŁ PO WOJNIE, TEN COŚ WZIĄŁ, A KTO ZOSTAŁ, TEN PATRZYŁ, JAK RESZTĘ ZABIERA OGIEŃ" (FOTOGRAFIA Z LAT 80. XX WIEKU)

Przedwojennych właścicieli oraz ich po­tom­ków po­tra­kto­wa­no na­to­miast z wła­ści­wym no­wej epo­ce wdzię­kiem, ety­kie­tu­jąc ich mia­nem jun­krów i ko­smo­po­li­tów. Ja­ko po­sta­cie wy­bi­tnie nie­po­żą­da­ne, otrzy­ma­li su­ro­wy za­kaz zbli­ża­nia się do Mu­skau, co sku­te­cznie od­cię­ło ich od ro­do­wych pa­mią­tek. Do­pie­ro upa­dek NRD przy­niósł kres tej ba­ni­cji, po­zwa­la­jąc daw­nym pa­nom na po­wrót do miej­sca, któ­re hi­sto­ria – rę­ka­mi żoł­nie­rzy, są­sia­dów i og­nia – tak grun­to­wnie zre­de­fi­nio­wa­ła.

NAJPIERW ZNISZCZENIA WOJENNE, POTEM CZTERDZIEŚCI LAT CISZY — I W EFEKCIE ZAMEK POWOLI PRZECHODZI NA STRONĘ ROŚLIN (1985-90)

Pierwsze próby ratowania par­ku – ostro­żnie omi­ja­ją­ce zwę­glo­ne mu­ry pa­ła­cu – po­dej­mo­wa­no już w la­tach 60. XX wie­ku, choć przy bud­że­cie tak skrom­nym, że by­ło to bar­dziej ła­ta­nie niż ra­to­wa­nie. W tym sa­mym cza­sie w urzęd­ni­czych szu­fla­dach za­czę­ły pę­cznieć am­bi­tne pla­ny na­da­nia ru­inie no­wych, słus­znych ide­o­lo­gi­cznie fun­kcji użyt­ko­wych. Nie­ste­ty, brak fun­du­szy i rów­nie do­tkli­wy de­fi­cyt wo­li po­li­ty­cznej spra­wi­ły, że kon­ce­pcje te po­zo­sta­ły je­dy­nie ma­rtwą na­tu­rą na pa­pie­rze. Je­dy­nym suk­ce­sem tam­tej de­ka­dy by­ła od­bu­do­wa Sta­re­go Zam­ku w 1965 ro­ku, któ­ry ja­ko sa­mo­tny ostań­czyk mu­siał re­pre­zen­to­wać daw­ną świe­tność kom­ple­ksu.

CHAPEAU BAS DLA BUDOWLAŃCÓW! POSKŁADALI TEN ZAMEK JAK PUZZLE, NA KTÓRYCH KTOŚ WCZEŚNIEJ USIADŁ I JESZCZE JE PODPALIŁ DLA ZABAWY (1992, 2024)

Na wielki powrót do ży­cia No­we­go Zam­ku trze­ba by­ło cze­kać aż do 1995 ro­ku, kie­dy to ku­ra­te­lę nad nim obję­ła fun­da­cja Fürst-Pück­ler-Park Bad Mu­skau. Pra­ce re­kon­stru­kcyj­ne, pro­wa­dzo­ne z mo­zo­łem przez ko­lej­ne sze­sna­ście lat, do­bie­gły koń­ca do­pie­ro w 2011 ro­ku. Ca­łe to przed­się­wzię­cie, ma­ją­ce przy­wró­cić blask pa­mią­tce po daw­nym eks­cen­try­ku, wy­ce­nio­no osta­te­cznie na 25 mi­lio­nów eu­ro – kwo­tę, któ­ra z pew­no­ścią za­im­po­no­wa­ła­by sa­me­mu Pück­le­ro­wi, choć pew­nie od ra­zu za­czął­by się za­sta­na­wiać, jak ją wy­dać na wiel­błą­dy, prze­wo­dni­ków i opium dla in­spi­ra­cji.

SREBRNA SIEĆ RUSZTOWAŃ POŻERA ELEWACJĘ, ZMIENIAJĄC TEN ZAPOMNIANY UŁAMEK DAWNEJ CHWAŁY W ARCHITEKTONICZNEGO FENIKSA, KTÓRY PO 50 LATACH WSTYDU WRESZCIE WYCHODZI DO LUDZI (1998)

Jakby na przekór ludz­kie­mu mo­zo­ło­wi, tuż przed wiel­kim fi­na­łem od­bu­do­wy, w sier­pniu 2010 ro­ku o swo­je upo­mnia­ła się na­tu­ra. Ny­sa, pły­ną­ca do­tąd po­słu­sznie wzdłuż par­ko­wych ale­jek, wy­stą­pi­ła z brze­gów i za­la­ła po­ło­wę te­re­nu, wdzie­ra­jąc się tam, gdzie przez la­ta pra­co­wa­li kon­ser­wa­to­rzy. Choć wo­da się­ga­ła za­le­dwie dwu­dzie­stu cen­ty­me­trów, wy­star­czy­ło to, by w Mu­skau za­pa­no­wał na­strój oblę­żo­nej twier­dzy.

Aby nie po­zwo­lić rze­ce zni­we­czyć efe­któw wie­lo­le­tniej re­kon­stru­kcji, pa­łac i są­sie­dnie bu­dyn­ki oto­czo­no ty­sią­ca­mi wor­ków z pia­skiem. Ta pro­wi­zo­ry­czna ba­ry­ka­da sta­ła się osta­tnią li­nią obro­ny przed ży­wio­łem, któ­ry pró­bo­wał do­pi­sać wła­sny, dość mo­kry roz­dział do i tak już burz­li­wej hi­sto­rii re­zy­den­cji. Na szczę­ście, tym ra­zem de­ter­mi­na­cja bu­do­wni­czych i piach oka­za­ły się sil­niej­sze niż ka­pry­sy rze­ki.

NYSA PRZYPOMINA, ŻE REGULACJA KOŃCZY SIĘ TAM, GDZIE ZACZYNA SIĘ HUMOR RZEKI (2010)

OPIS ZAMKU


Architektura parku to sta­ran­nie wy­re­ży­se­ro­wa­ny spe­ktakl, w któ­rym głów­ną ro­lę nie­zmien­nie gra bry­ła No­we­go Zam­ku. Zgod­nie z wi­zją księ­cia Pück­le­ra, gmach ten miał być – wraz z przy­le­głym mia­stem – ab­so­lu­tnym cen­trum wszech­świa­ta, wo­kół któ­re­go krą­ży ca­łe za­ło­że­nie kraj­obra­zo­we. Re­szta bu­do­wli two­rzy dla nie­go god­ną opra­wę: ma­my tu Sta­ry Za­mek, osiem­na­sto­wie­czny te­atr zwa­ny Do­mem Ka­wa­le­rów oraz za­by­tko­we bu­dyn­ki fol­war­czne, któ­re przy­da­ją ca­ło­ści nie­co wiej­skie­go ani­mu­szu.

TEN SPOKÓJ NAD WODĄ WYGLĄDA NATURALNIE, ALE W RZECZYWISTOŚCI KAŻDY METR PRZESTRZENI ZOSTAŁ PODPISANY POD JEDNĄ MYŚLĄ: NOWY ZAMEK MA TU ZAWSZE BYĆ NA ŚRODKU UWAGI

Dopełnieniem tej kom­po­zy­cji są mniej­sze, choć nie­mniej cha­ra­kte­ry­sty­czne for­my: par­ko­wa kuź­nia, któ­rą wznie­sio­no w sty­lu an­giel­skie­go go­ty­ku, oraz dzie­wię­tna­sto­wie­czna Oran­że­ria. Wszy­stkie te ele­me­nty, choć po­cho­dzą z róż­nych ba­jek, two­rzą pod dyk­tan­do księ­cia spój­ny ze­spół, wkom­po­no­wa­ny w zie­leń z ta­ką pre­cy­zją, jak­by na­tu­ra od po­czą­tku pla­no­wa­ła wy­stą­pić tu je­dy­nie w ro­li tła dla ary­sto­kra­ty­cznych am­bi­cji.

ORANŻERIA WCHODZI W TEN KADR Z LEKKOŚCIĄ, KTÓRA SUGERUJE, ŻE NAWET NAJBARDZIEJ OZDOBNE ELEMENTY MOGĄ TU WYGLĄDAĆ NA NATURALNE, O ILE MAJĄ ODPOWIEDNIE TOWARZYSTWO

Nowy Zamek wyrasta na fun­da­men­tach trzy­na­sto­wie­cznej wa­ro­wni, choć po daw­nym go­ty­ku i póź­niej­szym re­ne­san­sie po­zo­sta­ły tu głów­nie wspo­mnie­nia. Dzi­siej­sza syl­we­tka gma­chu to efekt po­wo­jen­nej re­kon­stru­kcji, któ­rą z nie­mal na­boż­ną czcią na­kie­ro­wa­no na ne­o­re­ne­san­so­wą for­mę z cza­sów księ­cia Fry­de­ry­ka Ni­der­lan­dzkie­go . Efe­ktem tych sta­rań jest trój­skrzy­dło­wa, czte­ro­pię­tro­wa bu­do­wla, któ­ra otwie­ra swój dzie­dzi­niec w stro­nę par­ku, jak­by w za­pra­sza­ją­cym, ary­sto­kra­ty­cznym ge­ście, pil­no­wa­nym przez dwie so­lid­ne, okrą­głe wie­że.

ZAPRASZAJĄCY GEST W STRONĘ ZIELENI TO MISTRZOSTWO ŚWIATA – NOWY ZAMEK PROMIENIUJE PEWNOŚCIĄ SIEBIE, KTÓREJ MOGĄ MU POZAZDROŚCIĆ NAJSTARSZE PAŁACE ŚWIATA

Łączność rezydencji z na­tu­rą pod­kre­śla efe­kto­wny pod­jazd oraz sze­ro­kie scho­dy, na któ­rych straż trzy­ma­ją mo­nu­men­tal­ne lwy. Zgod­nie z du­chem epo­ki, pa­łac nie grze­szy skrom­no­ścią – aż roi się tu od ozdo­bnych szczy­tów, ku­tych krat, bal­ko­nów i fi­li­gra­no­wych ma­sek wie­żo­wych. Ca­łość do­my­ka cha­ra­kte­ry­sty­czna, bor­do­wa ele­wa­cja, któ­ra w ze­sta­wie­niu z ja­sno­kre­mo­wym de­ta­lem two­rzy kon­trast tak wy­ra­zi­sty, że trud­no go prze­oczyć, na­wet błą­dząc wzro­kiem po naj­dal­szych za­kąt­kach mu­ża­ko­wskich ogro­dów.

NATURA I ARCHITEKTURA W MIŁOSNYM UŚCISKU, KTÓREGO PILNUJE KOT O NIECO WIĘKSZYM GABARYCIE

Stojąc na dziedzińcu i spo­glą­da­jąc w stro­nę par­ku, nie spo­sób po­mi­nąć wzro­kiem dwóch lwów, któ­re z wy­so­ko­ści swo­ich po­stu­men­tów pa­tro­nu­ją cen­tral­nym scho­dom. Co cie­ka­we, gdy­by trzy­ma­no się pier­wo­tnej wi­zji Pück­le­ra, za­miast dra­pie­żnych ko­tów wi­ta­ły­by nas tam ko­nie. To do­pie­ro je­go na­stę­pca, ksią­żę Fry­de­ryk Ni­der­lan­dzki, uznał, że he­ral­dy­czne lwy fla­man­dzkie bę­dą znacz­nie le­piej pod­kre­ślać pre­stiż re­zy­den­cji, i to on ka­zał je tam osa­dzić.

DLA PORÓWNANIA – EFEKTOWNY PODJAZD Z ORYGINAŁEM, KTÓRY DLA NOWEJ WŁADZY OKAZAŁ SIĘ PO PROSTU CENNYM ZŁOMEM (1938)

Los nie był jednak ła­ska­wy dla tych od­la­nych w for­mie straż­ni­ków. W 1949 ro­ku ów­cze­sne wła­dze, wy­ka­zu­jąc się wy­jąt­ko­wym bra­kiem sen­ty­men­tu do ary­sto­kra­ty­cznych sym­bo­li, wy­da­ły krót­ki wy­rok: lwy ma­ją zo­stać prze­to­pio­ne. Na swo­je miej­sce wró­ci­ły do­pie­ro po sze­ściu de­ka­dach, zre­kon­stru­owa­ne z pie­ty­zmem na pod­sta­wie sta­rych fo­to­gra­fii. Ta spóź­nio­na spra­wie­dli­wość dzie­jo­wa mia­ła jed­nak swo­ją wy­mier­ną ce­nę – no­we odle­wy ko­szto­wa­ły ba­ga­te­la 200 000 eu­ro, co czy­ni z nich jed­ne z naj­droż­szych „ma­sko­tek” w hi­sto­rii Mu­skau.

ELEWACJA WSCHODNIA DOCZEKAŁA SIĘ LWÓW PO SZEŚCIU DEKADACH, ZRODZONYCH Z ARCHIWUM I KOSZTOWNEJ WIARY W DETAL

Pomimo pozornej sy­me­trii, pół­no­cne skrzy­dło pa­ła­cu upar­te jest jak daw­ny mur — nie chce ani zrów­nać się dłu­go­ścią z po­łu­dnio­wym, ani po­dą­żyć je­go li­nią. Wi­nę za tę nie­wdzię­czną krzy­wi­znę po­no­szą śre­dnio­wie­czne fun­da­men­ty, któ­re po­słu­ży­ły za je­go pod­sta­wę. Ów daw­ny gmach, zro­dzo­ny w epo­ce, gdy ar­chi­te­ktu­ra bar­dziej słu­cha­ła to­po­gra­fii niż ka­pry­sów ge­ome­trii, ni­gdy nie na­le­żał do zam­ko­we­go or­ga­ni­zmu. Był oso­bnym by­tem, sto­ją­cym nie­co z bo­ku, jak­by z za­sa­dy chciał mieć wła­sne zda­nie na te­mat po­rząd­ku prze­strze­ni — i do dziś to je­go daw­ny upór wy­brzmie­wa w sub­tel­nym nie­sko­or­dy­no­wa­niu pa­ła­co­wych osi.

OKO DAJE SIĘ NABRAĆ, ALE PRAWDA JEST TAKA, ŻE PÓŁNOC (Z PRAWEJ) Z POŁUDNIEM (PO LEWEJ) NIESPECJALNIE SIĘ ZE SOBĄ DOGADUJĄ – WSZYSTKO TO PRZEZ CHARAKTER DZIEDZICZONY PO ŚREDNIOWIECZNYM PRZODKU

Nazwa das Altes Schloss jest, ła­go­dnie mó­wiąc, spo­rym nad­uży­ciem, po­nie­waż bu­dy­nek ten ni­gdy zam­kiem nie był. W rze­czy­wi­sto­ści to daw­na bra­ma, któ­rą Cal­len­ber­go­wie w XVII wie­ku roz­bu­do­wa­li na ty­le am­bi­tnie, by mo­gła po­mie­ścić lo­kal­ną ad­mi­ni­stra­cję. Mia­no Sta­re­go Zam­ku na­dał jej do­pie­ro Pück­ler – nie z bra­ku wie­dzy, lecz z czy­stej po­trze­by este­ty­cznej. Kla­sy­czny ogród an­giel­ski po pro­stu wy­ma­gał ist­nie­nia ja­kie­goś „sza­cow­ne­go świad­ka prze­szło­ści”, więc ksią­żę po pro­stu go so­bie wy­my­ślił, zmie­nia­jąc prze­zna­cze­nie bra­my na pa­pie­rze.

GMACH PRZEKONYWUJĄCO ODGRYWA ROLĘ „STAREGO ZAMKU”, CHOCIAŻ W PRAKTYCE TO ADMINISTRACYJNA ROZBUDOWA BRAMY, KTÓREJ PÜCKLER DOROBIŁ ODPOWIEDNIĄ METRYKĘ (1925)

Ten barokowy gmach o nie­na­gan­nej sy­me­trii py­szni się od stro­ny mia­sta wspa­nia­łym por­ta­lem, zwień­czo­nym po­dwój­nym her­bem ro­dów Cal­len­berg i von Do­hna. Tuż nad nim, w trzech ni­szach, dum­nie pre­zen­to­wa­li się nie­gdyś daw­ni pa­no­wie ma­ją­tku: Fa­bian von Schö­naich, Carl von Do­hna i Curt Rei­ni­cke von Cal­len­berg. Nie­ste­ty, rzeź­by te nie prze­trwa­ły wo­jen­nej za­wie­ru­chy w nie­na­ru­szo­nym sta­nie, więc za­stą­pio­no je ale­go­ria­mi Dzi­ku­sa, Flo­ry i Hy­gei, co na­da­ło fa­sa­dzie nie­co bar­dziej uni­wer­sal­ne­go cha­ra­kte­ru. Dziś za­miast su­ro­wych urzę­dni­ków czy ary­sto­kra­tów, w mu­rach tych re­zy­du­je in­for­ma­cja tu­ry­sty­czna, mu­ze­um, urząd sta­nu cy­wil­ne­go oraz sa­la kon­cer­to­wa, po­ka­zu­jąc, że za­mek świe­tnie od­naj­du­je się w ro­li go­spo­da­rza współ­cze­sno­ści.

ELEWACJA ZACHODNIA TRZYMA PION I POZIOM, ALE W KWESTII LOKATORÓW NISZ POSZŁA W UNIWERSALIZM – TERAZ ZAMIAST SZLACHCICA MAMY DZIKUSA, CO CAŁKIEM NIEŹLE PASUJE DO DZISIEJSZYCH CZASÓW

ODŚWIEŻONY SKŁAD LOKATORÓW, ALE TEN SAM STARY CHŁÓD: DZISIAJ STARY ZAMEK GOŚCI KULTURĘ, CHOĆ NADAL ROBI TO Z PEWNYM DYSTANSEM

ZWIEDZANIE


Odbudowany pałac funk­cjo­nu­je dziś ja­ko sie­dzi­ba Fun­da­cji Księ­cia Pück­le­ra oraz ja­ko mu­ze­um, któ­re sta­ra się okieł­znać je­go bar­wną le­gen­dę. W po­łu­dnio­wym skrzy­dle cze­ka na zwie­dza­ją­cych in­ter­aktyw­na wy­sta­wa o wy­mo­wnym ty­tu­le Pück­ler! Pück­ler? Po pro­stu nie­wia­ry­go­dne!, co cał­kiem tra­fnie pod­su­mo­wu­je ży­cie i do­ko­na­nia twór­cy par­ku. Z ko­lei jed­na z wież skry­wa eks­po­zy­cję po­świę­co­ną bu­rzli­wej hi­sto­rii zam­ku i mia­sta, pro­wa­dząc go­ści przez stu­le­cia – od śre­dnio­wie­cznych mro­ków aż po cza­sy nam współ­cze­sne.

SPÓJRZCIE NA DZIEDZINIEC, A POTEM MARSZ DO ŚRODKA – TAM PÜCKLER JUŻ CZEKA, BY PONOWNIE WYJŚĆ Z CIENIA NA SCENĘ

Dla tych, którzy od mu­ze­al­nych ga­blot wo­lą sze­ro­kie ho­ry­zon­ty, przy­go­to­wa­no moż­li­wość wej­ścia na wie­żę zam­ko­wą. Z tam­tej­szej pla­tfor­my wi­do­ko­wej moż­na ob­jąć wzro­kiem ca­łe zie­lo­ne kró­le­stwo Pück­le­ra i z bez­pie­cznej wy­so­ko­ści oce­nić, czy fun­du­sze wy­da­ne na ra­to­wa­nie te­go ne­o­re­ne­san­so­we­go snu zo­sta­ły wła­ści­wie spo­ży­tko­wa­ne. To do­sko­na­ły punkt, by w ci­szy po­dzi­wiać kraj­obraz, któ­ry – w prze­ci­wień­stwie do por­tfe­la swo­je­go twór­cy – zda­je się nie mieć gra­nic.

ZAMEK JAKO GOSPODARZ WSPÓŁCZESNOŚCI: NAJPIERW EDUKUJE W TEMACIE KSIĄŻĘCYCH ROMANSÓW, A POTEM KOI NERWY CHŁODNYM WNĘTRZEM WIEŻY
Park i zam­ko­we ho­le za­pra­sza­ją w swo­je pro­gi bez żad­ne­go „wpi­so­we­go” – to ide­al­na uwer­tu­ra do zwie­dza­nia. Ra­chu­nek po­ja­wia się do­pie­ro przy da­niach głów­nych: wej­ściu na wie­żę No­we­go Zam­ku, bi­le­to­wa­nych wy­sta­wach i wi­zy­cie w tro­pi­kal­nej Ana­na­sar­ni. Co isto­tne, eks­po­zy­cję w No­wym Zam­ku moż­na zgłę­biać bez ba­rier ję­zy­ko­wych – opi­sy oraz ścież­ka au­dio są w ca­ło­ści do­stęp­ne po pol­sku.
Nowy Zamek ogar­niesz w ja­kieś 60–90 mi­nut, więc to ten etap, któ­ry za­my­ka się w roz­sąd­nym cza­sie i nie zdą­ży zmę­czyć. Za to park gra już w in­nej li­dze — na spa­cer po pol­skiej i nie­mie­ckiej czę­ści le­piej od ra­zu za­re­zer­wo­wać 4–5 go­dzin, bo to nie jest prze­cha­dzka „na chwi­lę”, tyl­ko ka­wał te­renu, któ­ry lu­bi roz­cią­gnąć wi­zy­tę bar­dziej, niż się na po­czą­tku wy­da­je.

PÜCKLEROWSKI ROLLERCOASTER DLA WYRAFINOWANYCH: ZERO PRZECIĄŻEŃ, SAME WIDOKI NA PARKI I TA BŁOGA ŚWIADOMOŚĆ, ŻE WŁAŚNIE ZALICZASZ NAJBARDZIEJ STYLOWY REJS TEGO ROKU

PARK


Integralnym dopełnieniem re­zy­den­cji jest Park Mu­ża­ko­wski – gi­gan­ty­czne za­ło­że­nie o po­wierz­chni 728 he­kta­rów, któ­re hi­sto­ria bez­ce­re­mo­nia­lnie prze­cię­ła na pół gra­ni­cą na Ny­sie Łu­ży­ckiej. O ska­li te­go przed­się­wzię­cia naj­le­piej świad­czy fakt, że na­wet po od­li­cze­niu nie­mie­ckich wło­ści, pol­ska część kom­ple­ksu wciąż dum­nie dzier­ży ty­tuł naj­wię­ksze­go par­ku ty­pu an­giel­skie­go w na­szym kra­ju. Obec­nie wscho­dnim frag­men­tem opie­ku­je się Na­ro­do­wy In­sty­tut Dzie­dzi­ctwa, pod­czas gdy za mie­dzą pie­czę spra­wu­je fun­da­cja Fürst–Pück­ler–Park Bad Mu­skau.

HISTORIA PRZECIĘŁA PARK, ALE NIE ODEBRAŁA MU STYLU: OTO FUCHSIABRÜCKE (MOST FUKSJI) NAD KANAŁEM HERMANNSNEIẞE, GDZIE NIEMIECKA PRECYZJA SPOTYKA SIĘ Z OGRODOWĄ FANTAZJĄ PÜCKLERA

Niestety, po­rów­na­nie obu czę­ści by­wa dla nas bo­le­sne. Nie­mie­cka stro­na pre­zen­tu­je się znacz­nie efe­kto­wniej, co jest nie tyl­ko za­słu­gą so­lid­niej­sze­go fi­nan­so­wa­nia, ale i smu­tnym dzie­dzi­ctwem po­wo­jen­nych de­cy­zji. Pod­czas gdy są­sie­dzi dba­li o każ­dy krzew, pol­ski brzeg zy­skał sta­tus re­zer­wa­tu, co w pra­kty­ce ozna­cza­ło od­da­nie go we wła­da­nie na­tu­rze. W efe­kcie par­ko­we ale­je po­kry­ły się la­sem sa­mo­sie­jek, a sta­ran­nie za­pla­no­wa­ny kraj­obraz dzi­czał przez de­ka­dy, cze­ka­jąc na le­psze cza­sy i rę­kę ogro­dni­ka, któ­ra przy­wró­ci­ła­by mu daw­ny, ary­sto­kra­ty­czny ład.

ZAMIAST PRZYCIĘTYCH ŻYWOPŁOTÓW MAMY MALOWNICZY NIEŁAD: POLSKI BRZEG PRZEZ DEKADY DZICZAŁ POD SZYLDEM REZERWATU, ZAMIENIAJĄC STARANNE ALEJKI W KRÓLESTWO SAMOSIEJEK

Całe założenie par­ko­we zo­sta­ło za­pla­no­wa­ne i do­pie­szczo­ne w naj­dro­bniej­szych de­ta­lach przez Her­man­na von Pück­ler. Prze­ją­wszy po­sia­dłość po oj­cu w 1811 ro­ku, ksią­żę – świe­żo upie­czo­ny en­tu­zja­sta an­giel­skiej sztu­ki ogro­do­wej – po­sta­wił so­bie za punkt ho­no­ru prze­szcze­pie­nie tam­tej­szych wzor­ców na grunt nie­mie­cki. Je­go am­bi­cją by­ło ni mniej, ni wię­cej, jak za­mia­na lo­kal­nej „pu­sty­ni” w tę­tnią­cą ży­ciem „oa­zę”.

U PÜCKLERA DRZEWA NIE ROSNĄ, ONE REALIZUJĄ ZAŁOŻENIA

Było to wyzwanie z ga­tun­ku kar­ko­ło­mnych, wy­sta­wia­ją­ce na cięż­ką pró­bę za­rów­no je­go ta­lent or­ga­ni­za­cyj­ny, jak i cier­pli­wość wie­rzy­cie­li. Aby zre­ali­zo­wać tę wi­zję, Pück­ler mu­siał naj­pierw sto­czyć żmud­ne bo­je o wy­kup zie­mi od mie­szkań­ców mia­ste­czka, a na­stęp­nie zmie­rzyć się z ma­ło ła­ska­wą na­tu­rą. Po­nie­waż tu­tej­sza gle­ba by­ła mar­nej ja­ko­ści, a ukształ­to­wa­nie te­re­nu nie pa­so­wa­ło do je­go kon­ce­pcji osi wi­zu­al­nych, na­ka­zał na­wieźć nie­wy­obra­żal­ne ilo­ści zie­mi i cał­ko­wi­cie prze­mo­de­lo­wać bie­gi lo­kal­nych stru­mie­ni.

SKORO DRZEWA ROSŁY JUŻ POD DYKTANDO KOMPOZYCJI, STRUMIENIE TAKŻE PRZESTAŁY SIĘ WŁÓCZYĆ GDZIE POPADNIE

Jakby tego było ma­ło, wi­zjo­ner nie za­mie­rzał cze­kać de­kad, aż sa­dzon­ki uro­sną – ka­zał spro­wa­dzać i sa­dzić w peł­ni wy­ro­śnię­te już drze­wa i krze­wy. Ta nie­zwy­kle zło­żo­na ope­ra­cja, choć spe­kta­ku­la­rna, by­ła jed­no­cze­śnie tak ko­szto­wna, że na­wet naj­głę­bsze ro­do­we ku­fry za­czy­na­ły przy niej świe­cić pu­stka­mi.

PÜCKLER BYŁ MISTRZEM DROGI NA SKRÓTY – PODCZAS GDY INNI SADZILI GAŁĄZKI, ON PRZESTAWIAŁ CAŁE EKOSYSTEMY JAK MEBLE W SALONIE

Do realizacji swojej wi­zji Pück­ler za­an­ga­żo­wał śmie­tan­kę ów­cze­snych fa­cho­wców: architektów Kar­la Frie­dri­cha Schin­kla i Hum­phry’e­go Rep­to­na , ma­la­rza Au­gu­sta Schir­me­ra oraz na­czel­ne­go ogro­dni­ka Ja­co­ba Hein­ri­cha Reh­de­ra . Ma­chi­na ru­szy­ła od bu­do­wy Do­mu My­śli­wskie­go oraz wy­ko­pa­nia sta­wu, któ­ry ksią­żę – w przy­pły­wie mał­żeń­skiej aten­cji – na­zwał Luciesee na cześć swo­jej żo­ny. Ko­lej­ne la­ta przy­po­mi­na­ły plac bu­do­wy na nie­spo­ty­ka­ną ska­lę: w 1820 ro­ku sta­nął Dom An­giel­ski, a dwa la­ta póź­niej brze­gi spię­ły mo­sty An­giel­ski i Po­dwój­ny.

WYOBRAŹCIE SOBIE, ILE PLOTEK PRZEBIEGŁO PRZEZ TEN MOST OD 1822 ROKU – PODWÓJNA KONSTRUKCJA BYŁA POTRZEBNA, ŻEBY UDŹWIGNĄĆ CIĘŻAR TYCH WSZYSTKICH HISTORII!

W 1823 roku Pückler prze­szedł do ofen­sy­wy w sa­mym cen­trum po­sia­dło­ści – ka­zał wy­ty­czyć ścież­ki, a sta­re staj­nie i for­ty­fi­ka­cje zrów­nać z zie­mią, by nie psu­ły wi­do­ku. Rów­no­cze­śnie roz­po­czę­to pra­ce nad par­kiem ką­pie­lo­wym wo­kół przy­szłe­go uzdro­wi­ska Her­mann. Do 1825 ro­ku go­to­wy był już tak­że re­pre­zen­ta­cyj­ny pod­jazd pa­ła­co­wy oraz ła­zien­ki Her­mann­sbad.

ROK 1825: ŁAZIENKI HERMANNSBAD LŚNIĄ NOWOŚCIĄ, A PARK KĄPIELOWY ZACZYNA NABIERAĆ KRÓLEWSKICH KSZTAŁTÓW

Przed końcem dekady park wzbo­ga­cił się o ca­łą ko­le­kcję prze­praw: most w Nie­bie­skim Ogro­dzie, Bia­ły Most (zwa­ny Kar­pio­wym) oraz wia­du­kty nad wą­wo­za­mi po dru­giej stro­nie Ny­sy. Ksią­żę nie stra­cił też za­mi­ło­wa­nia do „na­tych­mia­sto­wych efe­któw” – w tym cza­sie w par­ku lą­do­wa­ły ko­lej­ne doj­rza­łe, kil­ku­dzie­się­cio­le­tnie bu­ki i to­po­le.

W 1945 ROKU WIADUKT NAD WĄWOZEM POWIEDZIAŁ „DZIEŃ DOBRY” ZAMIAST „GUTEN MORGEN” I TAK JUŻ ZOSTAŁO – NAJSZCZĘŚLIWSZA PRZEPROWADZKA BEZ RUSZANIA SIĘ Z MIEJSCA!

Finisz tej fazy prac to rok 1832, kie­dy wy­ko­pa­no je­zio­ro Eich­see, oraz 1834, gdy w ogro­dzie ku­chen­nym dum­nie sta­nę­ła go­to­wa Ana­na­sar­nia – sym­bol luk­su­su, na któ­ry Pück­le­ra, pa­trząc na stan je­go fi­nan­sów, wła­ści­wie nie by­ło już stać.

SZCZYT PAŃSKIEJ FANTAZJI: ANANASARNIA Z 1834 ROKU UDOWADNIA, ŻE NIC TAK NIE POPRAWIA HUMORU PRZY PUSTYM KONCIE, JAK WIDOK WŁASNYCH, KSIĄŻĘCYCH ANANASÓW

W 1836 roku nad wą­wo­zem Krü­ge­ra wy­rósł Czer­wo­ny Most, któ­re­go for­ma by­ła wy­ra­źnym ukło­nem w stro­nę po­czdam­skie­go Sans­sou­ci, a pięć lat póź­niej ape­tyt Pück­le­ra na prze­strzeń spra­wił, że w gra­ni­ce par­ku włą­czo­no te­re­ny Kö­bel­ner i Braun­sdor­fer. Dzię­ki te­mu ma­ne­wro­wi zie­lo­ne kró­le­stwo księ­cia roz­ro­sło się do im­po­nu­ją­cych 250 he­kta­rów. Osta­tnim akor­dem in­we­sty­cyj­nym fi­nan­so­wa­nym z je­go wiecz­nie dziu­ra­wej kie­sze­ni by­ła prze­bu­do­wa zam­ko­we­go bro­wa­ru na ele­gan­cką Oran­że­rię w 1844 ro­ku.

ORANŻERIA WYROSŁA TU SZYBCIEJ NIŻ OTOCZENIE, WIĘC W 1844 ROKU MOŻNA JESZCZE OMIJAĆ KOLEINY, A MIMO TO PRZECHADZAĆ SIĘ Z MINĄ KONESERA GOTOWEGO DZIEŁA

Niestety, krótko po tym, jak cy­tru­sy za­do­mo­wi­ły się w no­wym bu­dyn­ku, wie­rzy­cie­le osta­te­cznie stra­ci­li cier­pli­wość. Po­wa­żnie za­dłu­żo­ny wi­zjo­ner mu­siał przeł­knąć go­rycz po­raż­ki i sprze­dać swo­je uko­cha­ne Mu­skau. Zmu­szo­ny do od­wro­tu, prze­niósł się do skrom­niej­szej re­zy­den­cji w Bra­nitz ko­ło Cho­cie­bu­ża (Cott­bus), gdzie – nie po­tra­fiąc żyć bez ło­pa­ty i pla­nów w rę­ku – na­ty­chmiast za­czął two­rzyć ko­lej­ne za­ło­że­nie par­ko­we. Tym ra­zem jed­nak, bo­ga­tszy o bo­le­sne do­świa­dcze­nia, pro­je­kto­wał w ska­li znacz­nie bar­dziej przy­sta­ją­cej do je­go to­pnie­ją­cych za­so­bów.

MNIEJSZY PARK, WIĘKSZA FANTAZJA: W BRANITZ NASZ BOHATER POSZEDŁ W KLIMATY EGIPSKIE I ZAFUNDOWAŁ SOBIE PIRAMIDY, BO ZWYKŁE ALTANKI BYŁY DLA NIEGO ZA NUDNE!

Kolejnym gospodarzem po­sia­dło­ści zo­stał ksią­żę Fry­de­ryk Ni­der­lan­dzki , któ­ry wy­ka­zał się kla­są rzad­ko spo­ty­ka­ną u na­stę­pców – za­miast bu­rzyć, po­sta­no­wił z sza­cun­kiem kon­ty­nu­ować dzie­ło Pück­le­ra. Do po­mo­cy za­an­ga­żo­wał Edu­ar­da Pet­zol­da , ów­cze­sną wy­ro­cznię w dzie­dzi­nie ogro­dni­ctwa, da­jąc mu zie­lo­ne świa­tło na dy­na­mi­czne roz­wi­nię­cie kraj­obra­zo­wej wi­zji. To pod ich okiem za­mek prze­szedł grun­to­wną me­ta­mor­fo­zę, przy­wdzie­wa­jąc mod­ny wów­czas ne­o­re­ne­san­so­wy ko­stium, któ­ry na­dał mu no­wej, eu­ro­pej­skiej ele­gan­cji.

FRYDERYK NIDERLANDZKI PRZEROBIŁ NOWY ZAMEK NA NEORENESANSOWĄ WIZYTÓWKĘ, THEODOR BLÄTTERBAUER UTRWALIŁ TO W DRUGIEJ POŁOWIE XIX WIEKU, RESZTĘ DOPIĘŁA WODA I DOBRZE NAKARMIONE POCZUCIE STYLU

Petzold nie ogra­ni­czył się jed­nak tyl­ko do ar­chi­te­ktu­ry; we wscho­dniej czę­ści par­ku stwo­rzył im­po­nu­ją­ce ar­bo­re­tum, w któ­rym zgro­ma­dził oko­ło trzech ty­się­cy ga­tun­ków drzew i krze­wów, za­mie­nia­jąc Mu­skau w ży­wą en­cy­klo­pe­dię bo­ta­ni­ki. Park pod no­wym pa­no­wa­niem rósł w oczach – do 1861 ro­ku je­go po­wierz­chnia prze­kro­czy­ła 500 he­kta­rów, wzbo­ga­ca­jąc się o ko­lej­ne bu­do­wle i ma­łą ar­chi­te­ktu­rę.

NA MAPIE Z 1833 ROKU WIDAĆ PARK, KTÓRY JUŻ WYDAJE SIĘ OLBRZYMI, TYLKO ŻE TO JESZCZE NIE PEŁNA SKALA PRZEDSIĘWZIĘCIA — Z CZASEM TO ZAŁOŻENIE ROZLEJE SIĘ PO DOLINIE NYSY TAK SKUTECZNIE, ŻE UROŚNIE PRAWIE TRZYKROTNIE

Wśród nich wy­ró­żnia­ło się ele­gan­ckie mau­zo­le­um hra­bi­ny von Ar­nim, ukoń­czo­ne w 1888 ro­ku. Nie­ste­ty, ten osta­tni mo­nu­ment nie prze­trwał pró­by cza­su i zmia­ny gra­nic – po 1945 ro­ku pol­skie wła­dze uzna­ły, że hra­bio­wskie wspo­mnie­nia nie są tu mi­le wi­dzia­ne, i roz­pra­wi­ły się z ni­mi w spo­sób wy­jąt­ko­wo do­sło­wny.

MAUZOLEUM VON ARNIM: OD XIX-WIECZNEJ ELEGANCJI PO SYMBOLICZNY KRZYŻ NA GRUZACH – OTO EFEKT DOSŁOWNEGO ROZPRAWIANIA SIĘ Z HRABIOWSKIM WSPOMNIENIEM PO ZMIANIE GRANIC

Ostatni akt wo­jen­ny dla Mu­skau ro­ze­grał się mię­dzy lu­tym a kwie­tniem 1945 ro­ku, kie­dy par­ko­we ale­je za­mie­ni­ły się w nie­mie­cką li­nię fron­tu. Grad po­ci­sków nie oszczę­dził ani wie­ko­wych drzew, ani mi­ster­nie pla­no­wa­nych bu­do­wli, a ma­jo­wy po­żar wznie­co­ny przez So­wie­tów do­peł­nił dzie­ła zni­szcze­nia, obra­ca­jąc No­wy Za­mek w zgli­szcza. Wiel­ka po­li­ty­ka z Te­he­ra­nu, Jał­ty i Pocz­da­mu do­ło­ży­ła do te­go swój epi­log – wy­ty­czo­na na Ny­sie gra­ni­ca prze­cię­ła dzie­ło Pück­le­ra na dwie czę­ści. Niem­com zo­stał pa­łac i za­bu­do­wa­nia, nam zaś przy­pa­dła więk­sza, „dzi­ka” po­łać te­re­nu.

NA FOTOGRAFII KLASYCZNY PODZIAŁ MAJĄTKU: PO LEWEJ POLSKA STRONA, GDZIE NATURA RZĄDZI BEZ KOMPLEKSÓW, A PO PRAWEJ NIEMCY ZE SWOIM PAŁACOWYM SZNYTEM

Po zachodniej stro­nie rze­ki pró­bo­wa­no ra­to­wać to, co zo­sta­ło, choć przez pe­wien czas ary­sto­kra­ty­czny traw­nik mu­siał ustą­pić miej­sca pro­zie ży­cia i upra­wie ziem­nia­ków. Tym­cza­sem pol­ska część, od­cię­ta i za­po­mnia­na, po­wo­li za­mie­nia­ła się w gę­stą knie­ję, w któ­rej na­tu­ra za­cie­ra­ła śla­dy ludz­kiej rę­ki.

ODCIĘTA OD PAŁACU, ALE NIE OD PIĘKNA – POLSKA CZĘŚĆ PARKU TO DZIŚ MALOWNICZY LAS, KTÓRY JEST IDEALNYM, SWOBODNYM KONTRAPUNKTEM DLA NIEMIECKIEJ PRECYZJI

Karta odwróciła się do­pie­ro w XXI wie­ku. W 2004 ro­ku lo­sy par­ku zo­sta­ły przy­pie­czę­to­wa­ne w spo­sób god­ny je­go twór­cy: naj­pierw pol­ska część zy­ska­ła mia­no Pom­ni­ka Hi­sto­rii, a wkrót­ce po­tem ca­ły Park Mu­ża­ko­wski wje­chał na sa­lo­ny UNESCO. Ja­ko 12. obiekt z Pol­ski na tej pre­sti­żo­wej li­ście, kom­pleks stał się sym­bo­lem te­go, że na­wet gra­ni­ce i wo­jen­ne po­ża­ry nie są w sta­nie na sta­łe roz­dzie­lić praw­dzi­we­go ar­cy­dzie­ła.

ZE WZGÓRZA PO DAWNYM MAUZOLEUM, LEŻĄCEGO DZIŚ PO POLSKIEJ STRONIE PARKU, OTWIERA SIĘ SZEROKI WIDOK NA NIEMIECKĄ CZĘŚĆ ZAŁOŻENIA — I TRUDNO O LEPSZY DOWÓD NA TO, ŻE PÜCKLER MYŚLAŁ TU KATEGORIAMI KRAJOBRAZU, A NIE PRZYSZŁYCH PODZIAŁÓW

Dziś Park Mużakowski to miej­sce, w któ­rym wi­zja Pück­le­ra znów od­dy­cha peł­ną pier­sią. Roz­le­głe łą­ki, ma­lo­wni­cze cie­ki wod­ne i sta­wy, w któ­rych z nie­mal nar­cy­sty­czną przy­jem­no­ścią prze­glą­da­ją się syl­we­tki obu zam­ków, two­rzą kraj­obraz, któ­ry in­spi­ru­je i wy­ci­sza. Sieć ście­żek o dłu­go­ści bli­sko 27 ki­lo­me­trów pro­wa­dzi spa­ce­ro­wi­czów przez kró­le­stwo dwu­stu­le­tnich pla­ta­nów, bu­ków i lip, po­zwa­la­jąc na no­wo od­kryć kunszt XIX-wiecz­nych pla­ni­stów.

ZAPOMNIJ O NUDNYCH SPACERACH WOKÓŁ BLOKU – TUTAJ KAŻDY BUK I KAŻDA LIPA TO ŻYWY POMNIK FACETA, KTÓRY MIAŁ WIELKIE DŁUGI, ALE JESZCZE WIĘKSZĄ FANTAZJĘ!

Kluczowymi punktami na ma­pie spa­ce­ru są Most Po­dwój­ny na Wy­spie Je­anet­te oraz Most An­giel­ski – daw­niej ba­rie­ry, dziś przy­ja­zne przej­ścia gra­ni­czne pro­wa­dzą­ce na pol­ską stro­nę kom­ple­ksu. Tam cze­ka­ją na od­kry­cie Park na Ta­ra­sach, hi­sto­ry­czna Szkół­ka oraz słyn­ne Ar­bo­re­tum. Co naj­wa­żniej­sze, pol­ska część par­ku prze­sta­ła być „ubo­gim krew­nym” za­cho­dnie­go brze­gu. Dzię­ki trwa­ją­cej od lat 90. XX wie­ku żmud­nej wal­ce z sa­mo­siej­ka­mi i zna­czne­mu wspar­ciu fi­nan­so­we­mu, daw­ne osie wi­do­ko­we znów się otwo­rzy­ły, czy­niąc ca­ły ten pol­sko-nie­mie­cki ze­spół par­ko­wy jed­nym z naj­bar­dziej urze­ka­ją­cych za­kąt­ków Eu­ro­py. To do­wód na to, że na­wet po de­ka­dach za­nie­dbań, do­bra ar­chi­te­ktu­ra kraj­obra­zu po­tra­fi od­zy­skać swój daw­ny, ma­gne­ty­czny blask.

NA KONIEC COŚ NA ZĄB! ANANASARNIA UKOŃCZONA NA KREDYT W 1834 ROKU DO DZIŚ RODZI OWOC, KTÓRY JEST NAJSŁODSZYM PODSUMOWANIEM CAŁEGO TEGO ARYSTOKRATYCZNEGO SZALEŃSTWA

DOJAZD


Bad Muskau, znane w Pol­sce jako Mu­ża­ków, to uzdro­wi­sko, któ­re trzy­ma się Ny­sy Łu­ży­ckiej jak do­bre­go są­sia­da i jed­no­cze­śnie zer­ka na Pol­skę zza pło­tu. Od Ża­ga­nia to oko­ło 50 ki­lo­me­trów, czy­li dy­stans ide­al­ny na wy­cie­czkę, je­śli ktoś lu­bi par­ki i po­czu­cie, że jest „pra­wie za gra­ni­cą, ale jesz­cze nie do końc­a”.

Najwygodniej do­je­chać tu sa­mo­cho­dem. Naj­bliż­szy par­king znaj­du­je się przy Cla­ra‑Zet­kin‑Stra­ße (ok. 6 eu­ro/dzień), ko­lej­ne — przy Mark­tplatz i Gör­li­tzer Stra­ße. Tań­szą opcją jest par­king po pol­skiej stro­nie, przy ul. Hut­ni­czej 17 w Łęk­ni­cy. A dla osób, któ­re wie­rzą, że ży­cie sprzy­ja odwa­żnym — dar­mo­we miej­sca przy ul. Wy­brze­żnej, za ba­za­ra­mi, gdzie par­ko­wa­nie by­wa bar­dziej przy­go­dą niż udo­go­dnie­niem.
Po parku wol­no jeź­dzić ro­we­rem, co jest mi­łą od­mia­ną w świe­cie, gdzie co­raz czę­ściej nie wol­no już ni­cze­go.

ZAMKI W NIEMCZECH


LITERATURA


  1. www.muskauer-park.de
  2. pl.wikipedia.org
  3. de.wikipedia.org
  4. www.badmuskau.de
  5. www.entdecke-sachsen.de
  6. einfachraus.eu
  7. www.mdm-online.de
  8. sachsens-schloesser.de
  9. www.heykodehn.de
  10. www.wikiwand.com



Chcesz odsłuchać? Kliknij [⋮] na pasku przeglądarki → Odsłuchaj tę stronę.