
DZIEJE ZAMKU
W średniowieczu okolice Muskau nad Nysą były miejscem, gdzie krzyżowały się ważne szlaki handlowe, co czyniło z tamtejszych błot całkiem intratny punkt strategiczny. Najstarsze fortyfikacje, o których wspomina się po raz pierwszy w 1245 roku, nie powstały z miłości do architektury, lecz z czystego pragmatyzmu – miały pilnować dróg i, co ważniejsze, dochodowego posterunku celnego przy przeprawie przez rzekę. O tym, kto faktycznie trzymał rękę na pulsie (i sakiewkach) w tamtym czasie, wiemy jednak rozczarowująco niewiele.

W 1253 roku jako właściciel ceł figuruje co prawda
margrabia miśnieński
Margrabia był władcą pogranicza, któremu powierzano pilnowanie granic, poboru ceł i bezpieczeństwa szlaków — czyli tego, co realnie trzymało państwo w kupie. Dysponował własnym wojskiem, sądami i prawem do ściągania dochodów, więc jego władza była bardziej namacalna niż tytuły dworskie. W praktyce margrabia był kimś, kto rządził tam, gdzie król bywał rzadko, a problemy pojawiały się często.
Henryk III Dostojny
, ale czy sama warownia należała do niego, czy może tylko dzierżwił on prawo do pobierania opłat – tego dokumenty litościwie nie precyzują. Podobnie rzecz ma się z braćmi Beroldem i Thidricusem de Muschov, wspomnianymi w pismach księcia śląskiego Bolesława. Choć historycy, nie mając lepszego wyjścia, skłaniają się ku teorii, że panowie ci mieli z zamkiem coś wspólnego, ich faktyczna rola pozostaje raczej w sferze pobożnych życzeń badaczy niż twardych dowodów. Wygląda więc na to, że początki Muskau są równie mętne, co wody Nysy po wiosennych roztopach.

Pierwszym właścicielem, który raczył zostawić po sobie wyraźny ślad w dokumentach, był Bodo von Ileburg. Dzierżył on warownię od 1316 roku, by pół wieku później potraktować ją jako dość kosztowny prezent ślubny dla swojego zięcia, Heinricha von Kittlitza (historycy do dziś zachodzą w głowę, czy był to ten sam Kittlitz, który w tym samym czasie doglądał interesów w Kliczkowie). Rodzinna sielanka nie trwała jednak długo, gdyż jeszcze w tym samym 1366 roku zamek przeszedł w ręce Heinricha von Penzig, którego spadkobiercy rządzili tu aż do 1447 roku.

Przedstawiciele rodu von Penzig wykazali się zresztą nie lada smykałką do gromadzenia gruntów po obu stronach Nysy, tworząc w 1395 roku gigantyczny kompleks leśny zwany Penziger Heide. W tym czasie zamek miał już pełny zestaw środków odstraszających, czyli mur obwodowy z wieżą przy zachodniej krawędzi dziedzińca oraz bramę doprawioną solidną basztą, która już z daleka informowała, że tu się nie wchodzi — tu się jest wpuszczanym. Od południa, wschodu i północy sprawę załatwiała sama natura, bo rozlane, podmokłe odnogi Nysy robiły za strażnika, który nie bierze urlopów i nie negocjuje.




W 1447 roku Muskau trafiło w ręce Wenzla von Bieberstein, należącego do rodu, którego wpływy były na tyle silne, że nie wypadało o nich mówić inaczej niż z powściągliwą uprzejmością. Biebersteinowie utrzymali zamek do 1551 roku, kiedy bezpotomna śmierć
Christopha von Bieberstein
— jednego z wielu, których czarna ospa w tamtym czasie usuwała z genealogii równie skutecznie jak wojny — zakończyła rodową linię i i sprawiła, że Muskau mogło wreszcie ozdobić herby kogoś równie przeświadczonego o własnej wyjątkowości.

Tak oto majątek przeszedł na kilka lat pod zwierzchność króla Czech, by w 1558 roku znaleźć się w rękach
Fabiana von Schoenaich
, cesarskiego radcy wojennego i pana na Siedlisku. To właśnie za jego rządów średniowieczna zabudowa zaczęła stopniowo tracić swój pierwotny charakter. Gdy w 1586 roku ogień litościwie strawił część dawnych struktur, Schoenaich skwapliwie wykorzystał okazję, by przeobrazić warownię w rezydencję odpowiadającą aspiracjom nowożytnej szlachty, rozmiłowanej w absolutyzmie i powierzchownym blichtrze.

A jednak cały ten trud i kapitał, które Fabian włożył w odnowienie majątku, po jego śmierci w 1591 roku obróciły się w zaskakujący finał. Jakby w przewrotnym, biurokratycznym żarcie losu, świeżo wypiękniała posiadłość powróciła w ręce cesarza
Rudolfa II
. Ten zaś, nie tracąc ani chwili na sentymentalne rozważania, pozbył się jej bez wahania, sprzedając cały majątek Wilhelmowi zu Dohna.




W 1644 roku, za sprawą małżeństwa dziedziczki Kathariny von Dohna z saskim pułkownikiem
Curtem Reinicke
, zamek przeszedł pod panowanie rodziny von Callenberg, która przez cztery kolejne pokolenia trzymała te ziemie w żelaznym, rodowym uścisku. Nowi właściciele, najwyraźniej znużeni surowością poprzedników, sprowadzili włoskich artystów, by ci w latach 1646–1653 przypudrowali mury barokowym wystrojem, a na przełomie wieków zwieńczyli dzieło klatką schodową w tym samym stylu.

Callenbergowie nie ograniczyli się jednak do wnętrz; z rozmachem godnym barokowych panów wzięli się za otoczenie, stawiając pałac ogrodowy, budując nowe mosty i cywilizując fosy, które przestały straszyć surowością. Ich ambicje sięgnęły nawet dawnego budynku bramnego – tę niegdyś typowo obronną konstrukcję z pietyzmem przerobili na gmach o charakterze rezydencji. To właśnie dzięki ich staraniom budynek ten, znany dziś jako das Altes Schloss, stracił swój groźny wygląd na rzecz dworskiej elegancji.

W 1784 roku, drogą kolejnego małżeńskiego kontraktu, dobra Muskau przeszły w ręce hrabiego
Ludwika von Pückler
, choć prawdziwym wyzwaniem dla rodzinnego skarbca okazał się dopiero jego syn,
Hermann
. Ten słynny ekscentryk i kosmopolita, objąwszy spuściznę w 1811 roku, postanowił rzucić wyzwanie naturze i architekturze, inicjując gigantyczną inwestycję, która miała przeobrazić rezydencję w neogotycki sen o średniowieczu. Pückler nie zamierzał się ograniczać – wymarzył sobie kompleks ogrodowo-parkowy o skali tak niesłychanej, jakby chciał własnoręcznie narysować mapę tej części Europy na nowo.

Niestety, rzymskie zamiłowanie do wystawności, pasja do kosztownych wojaży oraz postępująca pustka w portfelu brutalnie zweryfikowały te fantazje. Hrabia, próbując urzeczywistnić plany równie ambitne, co finansowo samobójcze, ostatecznie uległ ciężarowi własnych długów. W 1845 roku, zmuszony do pożegnania się z Muskau, odnalazł ostatnią przystań w Branitz, gdzie w 1871 roku dokonał żywota, pozostawiając po sobie niedokończone wizje i pokaźną listę wierzycieli. Można by rzec, że jego największym dziełem stał się kunsztowny upadek, zrealizowany z godnym podziwu, arystokratycznym rozmachem.






trwało dziewięć lat i zakończyło się rozwodem, co przy jego temperamencie trudno uznać za zaskoczenie. Najbardziej kontrowersyjny epizod pojawił się jednak później, gdy w Kairze kupił na targu niewolników dwunastoletnią dziewczynę o imieniu Machuba
, przekonany o własnym uczuciu, które w jego relacji brzmiało poważnie, a z zewnątrz budziło raczej konsternację. Historia ta kończy się szybko i bez złudzeń, bo dziewczyna zachorowała na gruźlicę i zmarła w wieku piętnastu lat już w Niemczech, zostawiając po sobie wątek, który we współczesnych realiach pachniałby bardziej salą sądową niż salonem.

W 1845 roku Hermann von Pückler, przyciśnięty twardymi prawami ekonomii, przekazał dobra mużakowskie księciu
Fryderykowi Niderlandzkiemu
, bratu słynnej
Marianny Orańskiej
(tej od pałacu w Kamieńcu Ząbkowickim). Fryderyk, wykazując się rzadką u następców wyrozumiałością, postanowił kontynuować wizje poprzednika i w latach 1863–66 ubrał Nowy Zamek w kostium renesansowy. W tej samej konwencji ujednolicił Stary Zamek oraz Dom Kawalerów, domykając tym samym pücklerowską koncepcję architektonicznej triady, która miała panować nad parkowym krajobrazem.

– NIE PŁAKAŁ, BARONIE. PO PROSTU JEGO EGO NIE ZMIEŚCIŁO SIĘ W BRAMIE I ZACZĘŁO MU UCISKAĆ KANALIKI ŁZOWE
Sielanka ta trwała do śmierci księcia, po której jego córka,
Wilhelmina Maria
, bez większych sentymentów odstąpiła majątek
Traugottowi Hermannowi
hrabiemu von Arnim — wiceprezesowi jawnie nacjonalistycznego i antysemickiego
Stowarzyszenia Wszechniemieckiego
Stowarzyszenie Wszechniemieckie, czyli Alldeutscher Verband, było organizacją, która pod koniec XIX wieku uznała, że Niemców na mapie jest stanowczo za mało — zwłaszcza poza granicami. W teorii chodziło o jedność narodu i jego „misję”, w praktyce o to, by tę jedność rozszerzać tam, gdzie akurat się dało, najlepiej cudzym kosztem. Efekt końcowy: dużo patosu, jeszcze więcej roszczeń i przekonanie, że historia powinna uprzejmie dostosować się do ich planów.
— więc park, jeszcze chwilę wcześniej opowiadany językiem romantycznych pejzaży, trafił w ręce człowieka, którego wyczucie niuansu kończyło się gdzieś na wysokości ciężkiego buta.

Po nim dobra te przechodziły z rąk do rąk w kręgu rodziny von Arnim – najpierw trafiły do pasierba
Adolfa
, a ostatecznie do jego syna
Hermanna
. Ten ostatni, będąc końcowym ogniwem przedwojennej tabeli rodowych beneficjentów, cieszył się statusem właściciela do 1945 roku, kiedy to historia, pod postacią wywłaszczenia, ostatecznie i bezpowrotnie wystawiła mu rachunek za stulecia arystokratycznego panowania.

Pod koniec II wojny światowej losy parku i rezydencji przypieczętowała niemiecka linia obrony, która przez całe tygodnie wiła się wzdłuż Nysy, zapowiadając nadchodzącą katastrofę. Gdy miasteczko ostatecznie padło, radzieccy zdobywcy przystąpili do systematycznego oczyszczania zamku z wszelkich oznak zbytku. W tym dziele zresztą chętnie i nader sprawnie asystowała im okoliczna ludność – na szczególną wzmiankę zasługuje tu lipski handlarz dziełami sztuki, nazwiskiem Wieland, który ciężarówką wywoził wszystko to, co ocalało z radzieckiego programu „weź sobie na pamiątkę”. Ukoronowaniem tej „akcji porządkowej” było podłożenie ognia, który obrócił gmach w zgliszcza, pozostawiając go w stanie malowniczej, choć tragicznej ruiny na kilka kolejnych dekad.

Przedwojennych właścicieli oraz ich potomków potraktowano natomiast z właściwym nowej epoce wdziękiem, etykietując ich mianem junkrów i kosmopolitów. Jako postacie wybitnie niepożądane, otrzymali surowy zakaz zbliżania się do Muskau, co skutecznie odcięło ich od rodowych pamiątek. Dopiero upadek NRD przyniósł kres tej banicji, pozwalając dawnym panom na powrót do miejsca, które historia – rękami żołnierzy, sąsiadów i ognia – tak gruntownie zredefiniowała.

Pierwsze próby ratowania parku – ostrożnie omijające zwęglone mury pałacu – podejmowano już w latach 60. XX wieku, choć przy budżecie tak skromnym, że było to bardziej łatanie niż ratowanie. W tym samym czasie w urzędniczych szufladach zaczęły pęcznieć ambitne plany nadania ruinie nowych, słusznych ideologicznie funkcji użytkowych. Niestety, brak funduszy i równie dotkliwy deficyt woli politycznej sprawiły, że koncepcje te pozostały jedynie martwą naturą na papierze. Jedynym sukcesem tamtej dekady była odbudowa Starego Zamku w 1965 roku, który jako samotny ostańczyk musiał reprezentować dawną świetność kompleksu.


Na wielki powrót do życia Nowego Zamku trzeba było czekać aż do 1995 roku, kiedy to kuratelę nad nim objęła fundacja Fürst-Pückler-Park Bad Muskau. Prace rekonstrukcyjne, prowadzone z mozołem przez kolejne szesnaście lat, dobiegły końca dopiero w 2011 roku. Całe to przedsięwzięcie, mające przywrócić blask pamiątce po dawnym ekscentryku, wyceniono ostatecznie na 25 milionów euro – kwotę, która z pewnością zaimponowałaby samemu Pücklerowi, choć pewnie od razu zacząłby się zastanawiać, jak ją wydać na wielbłądy, przewodników i opium dla inspiracji.

Aby nie pozwolić rzece zniweczyć efektów wieloletniej rekonstrukcji, pałac i sąsiednie budynki otoczono tysiącami worków z piaskiem. Ta prowizoryczna barykada stała się ostatnią linią obrony przed żywiołem, który próbował dopisać własny, dość mokry rozdział do i tak już burzliwej historii rezydencji. Na szczęście, tym razem determinacja budowniczych i piach okazały się silniejsze niż kaprysy rzeki.

OPIS ZAMKU
Architektura parku to starannie wyreżyserowany spektakl, w którym główną rolę niezmiennie gra bryła Nowego Zamku. Zgodnie z wizją księcia Pücklera, gmach ten miał być – wraz z przyległym miastem – absolutnym centrum wszechświata, wokół którego krąży całe założenie krajobrazowe. Reszta budowli tworzy dla niego godną oprawę: mamy tu Stary Zamek, osiemnastowieczny teatr zwany Domem Kawalerów oraz zabytkowe budynki folwarczne, które przydają całości nieco wiejskiego animuszu.

Dopełnieniem tej kompozycji są mniejsze, choć niemniej charakterystyczne formy: parkowa kuźnia, którą wzniesiono w stylu angielskiego gotyku, oraz dziewiętnastowieczna Oranżeria. Wszystkie te elementy, choć pochodzą z różnych bajek, tworzą pod dyktando księcia spójny zespół, wkomponowany w zieleń z taką precyzją, jakby natura od początku planowała wystąpić tu jedynie w roli tła dla arystokratycznych ambicji.

Nowy Zamek wyrasta na fundamentach trzynastowiecznej warowni, choć po dawnym gotyku i późniejszym renesansie pozostały tu głównie wspomnienia. Dzisiejsza sylwetka gmachu to efekt powojennej rekonstrukcji, którą z niemal nabożną czcią nakierowano na neorenesansową formę z czasów księcia
Fryderyka Niderlandzkiego
. Efektem tych starań jest trójskrzydłowa, czteropiętrowa budowla, która otwiera swój dziedziniec w stronę parku, jakby w zapraszającym, arystokratycznym geście, pilnowanym przez dwie solidne, okrągłe wieże.

Łączność rezydencji z naturą podkreśla efektowny podjazd oraz szerokie schody, na których straż trzymają monumentalne lwy. Zgodnie z duchem epoki, pałac nie grzeszy skromnością – aż roi się tu od ozdobnych szczytów, kutych krat, balkonów i filigranowych masek wieżowych. Całość domyka charakterystyczna, bordowa elewacja, która w zestawieniu z jasnokremowym detalem tworzy kontrast tak wyrazisty, że trudno go przeoczyć, nawet błądząc wzrokiem po najdalszych zakątkach mużakowskich ogrodów.




Nazwa das Altes Schloss jest, łagodnie mówiąc, sporym nadużyciem, ponieważ budynek ten nigdy zamkiem nie był. W rzeczywistości to dawna brama, którą Callenbergowie w XVII wieku rozbudowali na tyle ambitnie, by mogła pomieścić lokalną administrację. Miano Starego Zamku nadał jej dopiero Pückler – nie z braku wiedzy, lecz z czystej potrzeby estetycznej. Klasyczny ogród angielski po prostu wymagał istnienia jakiegoś „szacownego świadka przeszłości”, więc książę po prostu go sobie wymyślił, zmieniając przeznaczenie bramy na papierze.

Ten barokowy gmach o nienagannej symetrii pyszni się od strony miasta wspaniałym portalem, zwieńczonym podwójnym herbem rodów Callenberg i von Dohna. Tuż nad nim, w trzech niszach, dumnie prezentowali się niegdyś dawni panowie majątku: Fabian von Schönaich, Carl von Dohna i Curt Reinicke von Callenberg. Niestety, rzeźby te nie przetrwały wojennej zawieruchy w nienaruszonym stanie, więc zastąpiono je alegoriami Dzikusa, Flory i Hygei, co nadało fasadzie nieco bardziej uniwersalnego charakteru. Dziś zamiast surowych urzędników czy arystokratów, w murach tych rezyduje informacja turystyczna, muzeum, urząd stanu cywilnego oraz sala koncertowa, pokazując, że zamek świetnie odnajduje się w roli gospodarza współczesności.


ZWIEDZANIE
Odbudowany pałac funkcjonuje dziś jako siedziba Fundacji Księcia Pücklera oraz jako muzeum, które stara się okiełznać jego barwną legendę. W południowym skrzydle czeka na zwiedzających interaktywna wystawa o wymownym tytule Pückler! Pückler? Po prostu niewiarygodne!, co całkiem trafnie podsumowuje życie i dokonania twórcy parku. Z kolei jedna z wież skrywa ekspozycję poświęconą burzliwej historii zamku i miasta, prowadząc gości przez stulecia – od średniowiecznych mroków aż po czasy nam współczesne.

Dla tych, którzy od muzealnych gablot wolą szerokie horyzonty, przygotowano możliwość wejścia na wieżę zamkową. Z tamtejszej platformy widokowej można objąć wzrokiem całe zielone królestwo Pücklera i z bezpiecznej wysokości ocenić, czy fundusze wydane na ratowanie tego neorenesansowego snu zostały właściwie spożytkowane. To doskonały punkt, by w ciszy podziwiać krajobraz, który – w przeciwieństwie do portfela swojego twórcy – zdaje się nie mieć granic.


Park i zamkowe hole zapraszają w swoje progi bez żadnego „wpisowego” – to idealna uwertura do zwiedzania. Rachunek pojawia się dopiero przy daniach głównych: wejściu na wieżę Nowego Zamku, biletowanych wystawach i wizycie w tropikalnej Ananasarni. Co istotne, ekspozycję w Nowym Zamku można zgłębiać bez barier językowych – opisy oraz ścieżka audio są w całości dostępne po polsku.
Nowy Zamek ogarniesz w jakieś 60–90 minut, więc to ten etap, który zamyka się w rozsądnym czasie i nie zdąży zmęczyć. Za to park gra już w innej lidze — na spacer po polskiej i niemieckiej części lepiej od razu zarezerwować 4–5 godzin, bo to nie jest przechadzka „na chwilę”, tylko kawał terenu, który lubi rozciągnąć wizytę bardziej, niż się na początku wydaje.


PARK
Integralnym dopełnieniem rezydencji jest Park Mużakowski – gigantyczne założenie o powierzchni 728 hektarów, które historia bezceremonialnie przecięła na pół granicą na Nysie Łużyckiej. O skali tego przedsięwzięcia najlepiej świadczy fakt, że nawet po odliczeniu niemieckich włości, polska część kompleksu wciąż dumnie dzierży tytuł największego parku typu angielskiego w naszym kraju. Obecnie wschodnim fragmentem opiekuje się Narodowy Instytut Dziedzictwa, podczas gdy za miedzą pieczę sprawuje fundacja Fürst–Pückler–Park Bad Muskau.

Niestety, porównanie obu części bywa dla nas bolesne. Niemiecka strona prezentuje się znacznie efektowniej, co jest nie tylko zasługą solidniejszego finansowania, ale i smutnym dziedzictwem powojennych decyzji. Podczas gdy sąsiedzi dbali o każdy krzew, polski brzeg zyskał status rezerwatu, co w praktyce oznaczało oddanie go we władanie naturze. W efekcie parkowe aleje pokryły się lasem samosiejek, a starannie zaplanowany krajobraz dziczał przez dekady, czekając na lepsze czasy i rękę ogrodnika, która przywróciłaby mu dawny, arystokratyczny ład.

Całe założenie parkowe zostało zaplanowane i dopieszczone w najdrobniejszych detalach przez Hermanna von Pückler. Przejąwszy posiadłość po ojcu w 1811 roku, książę – świeżo upieczony entuzjasta angielskiej sztuki ogrodowej – postawił sobie za punkt honoru przeszczepienie tamtejszych wzorców na grunt niemiecki. Jego ambicją było ni mniej, ni więcej, jak zamiana lokalnej „pustyni” w tętniącą życiem „oazę”.

Było to wyzwanie z gatunku karkołomnych, wystawiające na ciężką próbę zarówno jego talent organizacyjny, jak i cierpliwość wierzycieli. Aby zrealizować tę wizję, Pückler musiał najpierw stoczyć żmudne boje o wykup ziemi od mieszkańców miasteczka, a następnie zmierzyć się z mało łaskawą naturą. Ponieważ tutejsza gleba była marnej jakości, a ukształtowanie terenu nie pasowało do jego koncepcji osi wizualnych, nakazał nawieźć niewyobrażalne ilości ziemi i całkowicie przemodelować biegi lokalnych strumieni.

Jakby tego było mało, wizjoner nie zamierzał czekać dekad, aż sadzonki urosną – kazał sprowadzać i sadzić w pełni wyrośnięte już drzewa i krzewy. Ta niezwykle złożona operacja, choć spektakularna, była jednocześnie tak kosztowna, że nawet najgłębsze rodowe kufry zaczynały przy niej świecić pustkami.

Do realizacji swojej wizji Pückler zaangażował śmietankę ówczesnych fachowców: architektów
Karla Friedricha Schinkla
i
Humphry’ego Reptona
, malarza
Augusta Schirmera
oraz naczelnego ogrodnika
Jacoba Heinricha Rehdera
. Machina ruszyła od budowy Domu Myśliwskiego oraz wykopania stawu, który książę – w przypływie małżeńskiej atencji – nazwał Luciesee na cześć swojej żony. Kolejne lata przypominały plac budowy na niespotykaną skalę: w 1820 roku stanął Dom Angielski, a dwa lata później brzegi spięły mosty Angielski i Podwójny.

W 1823 roku Pückler przeszedł do ofensywy w samym centrum posiadłości – kazał wytyczyć ścieżki, a stare stajnie i fortyfikacje zrównać z ziemią, by nie psuły widoku. Równocześnie rozpoczęto prace nad parkiem kąpielowym wokół przyszłego uzdrowiska Hermann. Do 1825 roku gotowy był już także reprezentacyjny podjazd pałacowy oraz łazienki Hermannsbad.

Przed końcem dekady park wzbogacił się o całą kolekcję przepraw: most w Niebieskim Ogrodzie, Biały Most (zwany Karpiowym) oraz wiadukty nad wąwozami po drugiej stronie Nysy. Książę nie stracił też zamiłowania do „natychmiastowych efektów” – w tym czasie w parku lądowały kolejne dojrzałe, kilkudziesięcioletnie buki i topole.

Finisz tej fazy prac to rok 1832, kiedy wykopano jezioro Eichsee, oraz 1834, gdy w ogrodzie kuchennym dumnie stanęła gotowa Ananasarnia – symbol luksusu, na który Pücklera, patrząc na stan jego finansów, właściwie nie było już stać.

W 1836 roku nad wąwozem Krügera wyrósł Czerwony Most, którego forma była wyraźnym ukłonem w stronę poczdamskiego Sanssouci, a pięć lat później apetyt Pücklera na przestrzeń sprawił, że w granice parku włączono tereny Köbelner i Braunsdorfer. Dzięki temu manewrowi zielone królestwo księcia rozrosło się do imponujących 250 hektarów. Ostatnim akordem inwestycyjnym finansowanym z jego wiecznie dziurawej kieszeni była przebudowa zamkowego browaru na elegancką Oranżerię w 1844 roku.

Niestety, krótko po tym, jak cytrusy zadomowiły się w nowym budynku, wierzyciele ostatecznie stracili cierpliwość. Poważnie zadłużony wizjoner musiał przełknąć gorycz porażki i sprzedać swoje ukochane Muskau. Zmuszony do odwrotu, przeniósł się do skromniejszej rezydencji w Branitz koło Chociebuża (Cottbus), gdzie – nie potrafiąc żyć bez łopaty i planów w ręku – natychmiast zaczął tworzyć kolejne założenie parkowe. Tym razem jednak, bogatszy o bolesne doświadczenia, projektował w skali znacznie bardziej przystającej do jego topniejących zasobów.


Kolejnym gospodarzem posiadłości został książę
Fryderyk Niderlandzki
, który wykazał się klasą rzadko spotykaną u następców – zamiast burzyć, postanowił z szacunkiem kontynuować dzieło Pücklera. Do pomocy zaangażował
Eduarda Petzolda
, ówczesną wyrocznię w dziedzinie ogrodnictwa, dając mu zielone światło na dynamiczne rozwinięcie krajobrazowej wizji. To pod ich okiem zamek przeszedł gruntowną metamorfozę, przywdziewając modny wówczas neorenesansowy kostium, który nadał mu nowej, europejskiej elegancji.

Petzold nie ograniczył się jednak tylko do architektury; we wschodniej części parku stworzył imponujące arboretum, w którym zgromadził około trzech tysięcy gatunków drzew i krzewów, zamieniając Muskau w żywą encyklopedię botaniki. Park pod nowym panowaniem rósł w oczach – do 1861 roku jego powierzchnia przekroczyła 500 hektarów, wzbogacając się o kolejne budowle i małą architekturę.

Wśród nich wyróżniało się eleganckie mauzoleum hrabiny von Arnim, ukończone w 1888 roku. Niestety, ten ostatni monument nie przetrwał próby czasu i zmiany granic – po 1945 roku polskie władze uznały, że hrabiowskie wspomnienia nie są tu mile widziane, i rozprawiły się z nimi w sposób wyjątkowo dosłowny.


Ostatni akt wojenny dla Muskau rozegrał się między lutym a kwietniem 1945 roku, kiedy parkowe aleje zamieniły się w niemiecką linię frontu. Grad pocisków nie oszczędził ani wiekowych drzew, ani misternie planowanych budowli, a majowy pożar wzniecony przez Sowietów dopełnił dzieła zniszczenia, obracając Nowy Zamek w zgliszcza. Wielka polityka z Teheranu, Jałty i Poczdamu dołożyła do tego swój epilog – wytyczona na Nysie granica przecięła dzieło Pücklera na dwie części. Niemcom został pałac i zabudowania, nam zaś przypadła większa, „dzika” połać terenu.

Po zachodniej stronie rzeki próbowano ratować to, co zostało, choć przez pewien czas arystokratyczny trawnik musiał ustąpić miejsca prozie życia i uprawie ziemniaków. Tymczasem polska część, odcięta i zapomniana, powoli zamieniała się w gęstą knieję, w której natura zacierała ślady ludzkiej ręki.

Karta odwróciła się dopiero w XXI wieku. W 2004 roku losy parku zostały przypieczętowane w sposób godny jego twórcy: najpierw polska część zyskała miano Pomnika Historii, a wkrótce potem cały Park Mużakowski wjechał na salony UNESCO. Jako 12. obiekt z Polski na tej prestiżowej liście, kompleks stał się symbolem tego, że nawet granice i wojenne pożary nie są w stanie na stałe rozdzielić prawdziwego arcydzieła.

Dziś Park Mużakowski to miejsce, w którym wizja Pücklera znów oddycha pełną piersią. Rozległe łąki, malownicze cieki wodne i stawy, w których z niemal narcystyczną przyjemnością przeglądają się sylwetki obu zamków, tworzą krajobraz, który inspiruje i wycisza. Sieć ścieżek o długości blisko 27 kilometrów prowadzi spacerowiczów przez królestwo dwustuletnich platanów, buków i lip, pozwalając na nowo odkryć kunszt XIX-wiecznych planistów.


Kluczowymi punktami na mapie spaceru są Most Podwójny na Wyspie Jeanette oraz Most Angielski – dawniej bariery, dziś przyjazne przejścia graniczne prowadzące na polską stronę kompleksu. Tam czekają na odkrycie Park na Tarasach, historyczna Szkółka oraz słynne Arboretum. Co najważniejsze, polska część parku przestała być „ubogim krewnym” zachodniego brzegu. Dzięki trwającej od lat 90. XX wieku żmudnej walce z samosiejkami i znacznemu wsparciu finansowemu, dawne osie widokowe znów się otworzyły, czyniąc cały ten polsko-niemiecki zespół parkowy jednym z najbardziej urzekających zakątków Europy. To dowód na to, że nawet po dekadach zaniedbań, dobra architektura krajobrazu potrafi odzyskać swój dawny, magnetyczny blask.



DOJAZD
Bad Muskau, znane w Polsce jako Mużaków, to uzdrowisko, które trzyma się Nysy Łużyckiej jak dobrego sąsiada i jednocześnie zerka na Polskę zza płotu. Od Żagania to około 50 kilometrów, czyli dystans idealny na wycieczkę, jeśli ktoś lubi parki i poczucie, że jest „prawie za granicą, ale jeszcze nie do końca”.
Najwygodniej dojechać tu samochodem. Najbliższy parking znajduje się przy Clara‑Zetkin‑Straße (ok. 6 euro/dzień), kolejne — przy Marktplatz i Görlitzer Straße. Tańszą opcją jest parking po polskiej stronie, przy ul. Hutniczej 17 w Łęknicy. A dla osób, które wierzą, że życie sprzyja odważnym — darmowe miejsca przy ul. Wybrzeżnej, za bazarami, gdzie parkowanie bywa bardziej przygodą niż udogodnieniem.
Po parku wolno jeździć rowerem, co jest miłą odmianą w świecie, gdzie coraz częściej nie wolno już niczego.
ZAMKI W NIEMCZECH
- W przygotowaniu — potrzebują jeszcze trochę czasu, by godnie się zaprezentować
LITERATURA
- www.muskauer-park.de
- pl.wikipedia.org
- de.wikipedia.org
- www.badmuskau.de
- www.entdecke-sachsen.de
- einfachraus.eu
- www.mdm-online.de
- sachsens-schloesser.de
- www.heykodehn.de
- www.wikiwand.com